Maj to okres, w którym zacząłem wreszcie regularnie grać w turniejach live. Od początku roku bywało z tym różnie, bo albo nie było gdzie, albo nie było co, albo mi się nie chciało, a to podróżowałem po Europie i grałem poza krajem. Teraz od momentu ponownego otwarcia kasyna w hotelu Hyatt gram tam regularnie, a gdy nie jestem tam to odwiedzam też czasem Alternatywny albo After Dark. Generalnie rzecz biorąc to jestem bardzo zadowolony z tego, co dzieje się w Hyatcie. Frekwencja utrzymuje się cały czas na przyzwoitym poziomie, jest pewna grupa „regularsów” odwiedzających kasyno kilka razy w tygodniu, coraz więcej dobrych graczy zaczyna interesować się turniejową ofertą, a dodatkowo dość często pojawiają się grupy „napływowe”, czyli goście z innych miast lub początkujący gracze, którzy chcą spróbować swoich sił w grze na żywo. W ten sposób przez kilka tygodni poznałem mnóstwo nowych ludzi, z którymi można podczas turnieju pogadać i dowiedzieć się np. jak wygląda środowisko pokerowe w takim Radomiu czy Płocku (przy okazji pozdrawiam chłopaków!). Na każdym turnieju jest naprawdę bardzo fajna atmosfera i chociaż szlag mnie czasem trafia po bad beatach (a przytrafiło się ich troszkę) i zdarza mi się puścić tradycyjną wiązankę zakończoną klasycznym „graj tak dalej” to i tak zazwyczaj wychodzę z kasyna zadowolony z sympatycznie spędzonego czasu.
Pod względem czysto pokerowym również nie jest źle. Zaliczyłem kilka stołów finałowych, dwa razy byłem trzeci, a ostatnie dwa turnieje wygrałem. Jest więc z czego się cieszyć, bo zaczynam w końcu grać „swoją” grę i zaczyna ona procentować. Jakoś jeszcze w żadnym z tych turniejów nie zdarzyło się tak, żebym od początku miał dobre karty i mógł się nabudować. Raczej wręcz przeciwnie – szybka strata pierwszego stacka, rebuy i walka z shorta. I tu właśnie zazwyczaj procentuje moje doświadczenie z gry na żywo. Dobra obserwacja przeciwników i prawidłowe decyzje przy skutecznej selekcji kart dają mi często w średniej fazie turnieju podwojenie albo dwa, potem agresja w grze pomaga zbudować niezły stack i jakoś już dalej idzie. Końcowa faza turnieju przy wysokich blindach to już pokaz siły i dobre wyniki końcowe. Właśnie dwa ostatnie turnieje, które wygrałem to taka sytuacja. Czuję się dobrze w końcówkach turniejów, świetnie mi się gra na FT, rozegrałem już dziesiątki turniejowych heads upów i nabyte w ten sposób doświadczenie pomaga mi unikać własnych błędów, a maksymalnie wykorzystywać te popełniane przez rywali. Na dowód tego przytoczę tu dwie sytuacje z tych turniejów.
W sobotę graliśmy turniej w niewielkim składzie i w jednym z rozdań zaliczyłem potężny double up. Zawodnik przede mną podbił preflop, ja mając AA przebiłem i dostałem call. Flop Kxx i dalej klasycznie – on czeka, ja c-bet, on all in z AK i zaliczam podwojenie. Od tej pory przeciwnik ten miał już olbrzymi respekt do każdego mojego 3-beta i zazwyczaj poddawał rękę albo najwyżej ostrożnie grał dalej. Tak się złożyło, że razem wylądowaliśmy w HU. Startowaliśmy mając porównywalne stacki z niewielką moją przewagą, którą zresztą i tak zaraz straciłem. Wtedy przyszło ciekawe rozdanie. Przy blindach 600/1200 podbiłem z KT w piku do 3000, zostałem przebity do 7000, co szybko sprawdziłem. Na stole pojawił się flop w postaci A96, dwa piki. Po moim checku rywal zagrał za 9000, na co odpowiedziałem natychmiastowym all inem. Po długim namyśle mój finałowy rywal spasował pokazując A7!! Szczerze mówiąc chyba pierwszy raz spotkałem się z taką sytuacją w heads upie. Top para (tym bardziej para asów) to dla mnie mega monster w HU i nie wyobrażam sobie, żebym zainwestował połowę stacka w rozdanie i miał to wywalić. Oczywiście można się czasem nadziać na lepszego kickera czy dwie pary, ale taka jest ta gra. W każdym razie na mój draw wziąłem sporą pulę, a mogłem przegrać i zając drugie miejsce. Za chwilę było po zawodach, bo po akcji preflop z moim A3 trafiłem flopa 542, a rywal chciał mnie wyblefować z puli ze swoim AJ…
Niedzielny turniej również miał swoją ciekawą historię. Cały czas narzekałem na brak kart, nie dostawałem dosłownie nic rozsądnego do gry, a jak już się pojawiła jakaś niezła ręka to flop był absolutnie nietrafiony i traciłem tylko kolejne żetony. Mając około 4000 wreszcie na SB zobaczyłem asy! Graliśmy już short table tuż przed stołem finałowym, do mnie same foldy, więc postanowiłem mojego przeciwnika na BB nie płoszyć i tylko dołożyłem z małego blinda. Szczerze mówiąc nie lubię takiej gry, bo już nie raz widziałem tak „sprytnie” rozegrane monstery, które przegrywały ze śmieciami dopuszczonymi do gry. Ale tym razem postanowiłem, że albo uda mi się podwoić (albo przynajmniej coś wygrać), albo najwyżej odpadnę na własne życzenie. Flop 752, ja zagrywam za 800, a mój rywal stawia mnie na all inie!! Wow! Oczywiście call, przeciwnik pokazuje mi T5 i mnie podwaja. No i tu znowu doszło do sytuacji, w której z tym samym graczem ląduję potem w HU. Na stole finałowym popełnił on kilka kardynalnych błędów, które obserwowałem z wielkim zaciekawieniem, bo nie widziałem dawno gracza, który grając tak słabo w finałowej fazie turnieju zdobywał kolejne żetony i eliminował kolejnych graczy z turnieju. Przykład? Proszę bardzo – na FT gra nas czterech, wspomniany przeze mnie zawodnik ma około 50k i przy blindach 600/1200 podbija do 3000. Gracz siedzący za nim odpowiada all inem za 24k. Ja na dużym blindzie bardzo niechętnie wyrzucam A9 (normalnie to byłby szybki call, bo zawodnik grający all in wyglądał mi przy tym zagraniu bardzo słabo i albo już byłem lepszy, albo miałem coin flipa z niską parą). Pierwotny agresor nie zastanawiając się dłużej niż kilka sekund folduje natomiast JJ twierdząc, że zna tego gracza i wie, że on ma na pewno „grubo”!! Nieźle?? Po turnieju okazało się, że to „grubo” to były szóstki i mój read był zdecydowanie lepszy… W każdym razie z takim graczem przyszło mi grać kolejny HU. Od samego początku wprowadzałem go w sympatyczny stan wmawiając mu, żeby się nie martwił, bo drugie miejsce jest tez dobre i że powinien się cieszyć z zajętego drugiego miejsca itd. Wszystko to w chwili, gdy miał jakieś 4 razy więcej żetonów ode mnie… Ale w końcu nie na darmo pół życia trenuję trash talking, żeby go w takich sytuacjach nie wykorzystywać, prawda? W końcu kilkoma małymi pulami wprowadziłem swój stack na poziom 50k, a rywal miał około 70k. Wtedy to przy blindach 1000/2000 z SB zlimpowałem sobie Q2 w pikach z intencją przebicia ewentualnego zagrania rywala. Ten jednak poczekał i razem obejrzeliśmy spadające na stół Q52. No cóż, flop przyjaciel! Zagrałem więc za 3500, mój przeciwnik przebił mnie po chwili do 9000, na co ja oczywiście zagrałem all in za moje 50k. I tu właśnie mój przeciwnik przypomniał sobie to rozdanie z AA i jakoś tak się sam wkręcił w sytuację „mam asy czy nie mam asów”, że doszedł do wniosku, że drugi raz asów nie mam i sprawdził mnie z parą szóstek! Nie wiem dlaczego akurat musiałem mieć w tym rozdaniu asy, żeby go pokonać, ale kolejny błąd wykorzystany i za chwilę cały turniej zakończył się moją wygraną.
Oczywiście przytaczam te przykłady nie po to, żeby w jakikolwiek sposób uwłaczać moim przeciwnikom, bo w końcu dotarli oni do HU i grali w miarę rozsądnego pokera przez cały czas. Chcę raczej pokazać, jak ważne jest w decydujących momentach doświadczenie i podejmowanie decyzji na chłodno, po dokładnym przemyśleniu całego przebiegu rozdania i przeanalizowaniu stylu gry przeciwnika. Na moje szczęście (a czasem może i nieszczęście) mam wśród graczy opinię świra, maksymalnego LAG-a, który gra z „any two” i blefuje ile się tylko daje. No i taka jest prawda, uwielbiam taką grę i często pokazuję karty w stylu T2 czy 93 po wygranych rozdaniach. Jednak nie tak często daję się łapać na takich zagraniach i w większości przypadków wiem, kiedy należy się wycofać z rozdania bez większego uszczerbku na stacku. W każdym razie jestem z ostatnich wyników umiarkowanie zadowolony i cieszę się, że moja gra jest efektywna. Mam nadzieję, że w czerwcu dobra passa będzie trwała dalej!
Oczywiście w moim blogu nie mogę nie wspomnieć o kolejnej katastrofie, która nawiedziła nasz kraj. Jeszcze kilkanaście lat temu coś takiego jak powódź było dla Polaków tematem równie odległym jak huragany, wybuchy wulkanów albo wizyty kosmitów. O ile żaden z tych przypadków u nas w kraju do tej pory się nie wydarzył to od kilku lat Polska musi mierzyć z kataklizmem w postaci wielkiej wody. W 1997 roku, po przejściu przez cały kraj wielkiej powodzi (między innymi zatopiony prawie cały Wrocław) z ust naszych polityków padały wielkie słowa w stylu „już nigdy więcej”, „trzeba zrobić wszystko”, „to się u nas nie może powtórzyć” i tego typu wyborcza kiełbasa rzucana na żer głupiemu ludowi, aby dalej głosował na swoich ulubieńców. Lata mijają, powodzie – mniejsze lub większe – cały czas dotykają kraj, a konkretnych rozwiązań jak nie było tak nie ma. Rozumiem oczywiście, że w wielu regionach kraju sytuacja i tak jest o wiele lepsza niż była jeszcze kilka lat temu. Nie oznacza to jednak, że jest idealnie i doskonale. Ale jak to zazwyczaj u nas w Polsce bywa jesteśmy mądrzy dopiero po szkodzie. To znaczy „mądrzy” są nasi politycy. Ciekawe co by było, gdyby woda podeszła pod dom/mieszkanie/gospodarstwo któregoś z nich? Pewnie pół armii budowało by wały dookoła zagrożonego mienia. Zwykły szary Polak jest zdany zazwyczaj sam na siebie…
Powódź przyszła w najgorszym dla kraju okresie. Katastrofa pod Smoleńskiem, na wielu ważnych „stołkach” panuje bezkrólewie, przed nami wybory prezydenckie, w których nie ma w zasadzie żadnego rozsądnego kandydata, a kraj zmaga się z ogromną tragedią dziesiątek tysięcy ludzi pozbawionych dachu nad głową albo dorobku całego życia. Abstrahując na chwilę od tematu – nie macie czasem wrażenia, że nasz kraj od setek lat dotknięty jest jakąś klątwą? Tak się momentami zastanawiam czy jak Lech, Czech i Rus przybyli na nasze ziemie to Lech wiedział, że przez następne lata Czech będzie miał nas w nosie, Rus będzie kopał nas przy każdej okazji w dupę, a na dodatek pomagać mu będzie daleki kuzyn – Germaniec? Zauważcie, że nasz kraj każdą katastrofę – zarówno tę polityczną jak i naturalną – musi potem odpokutowywać latami. Jak nie wojny to rozbiory, jak nie rozbiory to okupacje, a jak już jesteśmy przez chwilę wolnym narodem to zaraz nas dopadną problemy wewnętrzne albo inne nieszczęścia z przyczyn naturalnych. Zastanawiam się kiedy w końcu spadnie tu meteoryt, przejdzie tornado albo okaże się, że mieszkamy na wielkim wulkanie…
Dobra, wracam do tematu… W całym tym zamieszaniu władze mimo wszystko starały się wprowadzić jako taki porządek. Wiadomo, łatwo z tym nie było. Ludzka głupota jest bowiem nie do przeskoczenia. Władze mówią – ludzie, ewakuujcie się, nadchodzi fala powodziowa, wasze życie będzie zagrożone! Co więc robią ludzie? Ostrzeżenia mają w dupie, zostają sobie w domach w myśl zasady „jakoś to będzie”, aby zaraz po przyjściu wielkiej wody pod próg ich domu błagać o ratunek i narzekać, że znikąd nie mogą doczekać się pomocy. Ile takich przypadków pokazano w telewizji przez ostatnie tygodnie? Setki? Tysiące? Nie potrafię sobie tego wyobrazić!! Ja na ich miejscu nie czekałbym sekundy i starałbym się ratować życie rodziny, zapewnić jej bezpieczeństwo, a przy okazji uratować chociaż część dobytku. Lekceważenie takiego żywiołu i idącego za nim niebezpieczeństwa to dla mnie szczyt debilizmu i nieodpowiedzialności!
Z tymi, którzy zagrożeni nie byli też wcale łatwiej nie było. Przykład z mojego podwórka. Od momentu, gdy do Warszawy zbliżała się fala powodziowa non stop w telewizji leciały komunikaty od władz miasta, aby pod żadnym pozorem nie wchodzić na wały powodziowe, bo są one i tak osłabione przez wodę i każde dodatkowe obciążenie jest dla nich niewskazane. Poza tym proszono też, aby nie blokować wałów, bo w każdej chwili może zaistnieć sytuacja, w której Straż Pożarna będzie musiała interweniować i je umacniać.Tak się składa, że niedaleko mojego domu biegnie taki wał wzdłuż Wisły. Na co dzień jest to miejsce wypoczynku dla mieszkańców osiedla, ludzie jeżdżą tam na rowerach, chodzą na spacery z psami, obok wału znajdują się bary na świeżym powietrzu itp. W przypadku wysokiego stanu wody wał ten jest jednak jedyną przeszkodą stojącą na drodze Wisły – gdyby nie wytrzymał całe moje osiedle znalazłoby się zapewne pod wodą. Więc co robią mieszkańcy osiedla zaraz po komunikatach?? Masowo walą tłumami na wał!! A co!! Każdy chce zobaczyć wodę, nie?! Każdy musi sobie zrobić zdjęcie, nagrać wzburzoną rzekę na kamerę! Działania Policji i Straży Miejskiej odnosiły taki skutek, że jak wszystkich przegoniono z jednego miejsca, to zaraz byli w drugim. Wał ciągnie się na przestrzeni kilku ładnych kilometrów, więc upilnować go na całej długości jest niemożliwością. Czy naprawdę tak trudno posłuchać tego, co mówią ludzie dbający o wspólne bezpieczeństwo?? Czy trudno zrozumieć, że sytuacja jest naprawdę poważna i w każdej chwili może stać się tragedia? Strasznie mnie takie zachowanie głupiego tłumu irytuje. Dobrze, że powódź powoli się kończy i woda opada…
… skończył się również jeden z najlepszych seriali wszechczasów – Lost. O serii tej można mówić długo i namiętnie, ale chyba powiedziano już wszystko. Jednym słowem – kultowa. Ale powiem szczerze, że zakończenie serialu, tak szumnie zapowiadane jako epickie i powalające na kolana, bardzo mnie rozczarowało. Nie tak wyobrażałem sobie finał przygód bohaterów po sześciu sezonach. Zostało zbyt wiele niedopowiedzeń jak na mój gust. Oczywiście, można powiedzieć, że takie było założenie twórców serialu – to widzowie mają sobie sami resztę historii dopowiedzieć, każdy może ją sobie dowolnie zinterpretować, wyciągnąć wnioski. Ale czy na pewno? Dla mnie zakończenie było w stylu „już tak wszystko zagmatwaliśmy, że sami nie wiemy o co tu chodzi, więc robimy zakończenie takie, żeby każdy musiał domyślać się sam o co nam chodziło na początku”. Generalnie szósty sezon był według mnie najsłabszy, a finał przelał szalę goryczy. Nie tego się spodziewałem po fantastycznych pierwszych pięciu sezonach. Tym bardziej, że jak widać po poniższym filmie nie na wszystkie pytania zostały udzielone obiecane odpowiedzi…
Zakończył się również pierwszy sezon Flash Forward. Od samego początku ten serial bardzo przypadł mi do gustu. Ciekawa historia, coś innego niż tylko detektywistyczna, prawnicza lub medyczna papka lecąca w amerykańskich telewizjach. Pomimo tego serial nie cieszył się powodzeniem za oceanem, wskaźniki oglądalności były nieciekawe dla producentów, a co za tym idzie nie dostał swojej szansy na kontynuację i został anulowany. A szkoda, bo kolejne sezony dostały naprawdę bardzo kiepskie seriale (żeby nie powiedzieć gnioty), a akurat ten, wyróżniający się na tle innych, został zlikwidowany. Po raz kolejny okazało się, że miłośnicy hamburgerów każdy trudniejszy serial z miejsca odrzucają woląc raczyć się debilnymi komediami i wspomnianą papką o lekarzach, policjantach lub prawnikach. To przecież nie pierwszy doskonały serial, którego historia kończy się już na pierwszym, co najwyżej drugim sezonie. Były przecież choćby Jericho, Traveler czy Day Break, które również zostały szybko zdjęte z ramówek, a na ich miejsce pojawiły się o wiele nudniejsze produkcje. Mam nadzieję, że zakończenie serialu daje jednak mimo wszystko nadzieję na następne sezony, bo wątków do ciekawej kontynuacji jest na pewno wiele.
W maju blogerzy PokerTexas walczą o nagrody warte $400
Aktywni w maju blogerzy zagrają we freerollu z pulą $100, a najlepszy otrzyma bilety do turniejów za $120 Sprawdź szczegóły »
Aby dodać komentarz musisz się zalogować!
Komentarze (49)
JackDaniels 04.06.2010 02:00
Cieszę się daniz, że jeszcze czasem tu zaglądasz :) Pozdrawiam!
Kasandrito 04.06.2010 01:38
Gregor dobrze wiedzieć, że jesteś w stanie sfoldować JJ na 4-handed do pusha shorta :P
szacun :)
daniz 04.06.2010 00:58
notatka daniza z 4 czerwca 2010:
przeczytałem, zrozumienie textu ok 60%, nie doszukuję się głupoty w powyższym tekscie, nie podejmuje polemiki
koniec notatki
JackDaniels 04.06.2010 00:08
Po pierwsze – rozmawialiśmy juz po turnieju i nie widzę powodów, dla których miałby kłamać. Po drugie – jeśli uważasz, że fold JJ na 4-handed będąc zdecydowanym chipliderem jest OK to mamy diametralnie inne podejście do pokera turniejowego…
Gregor 03.06.2010 18:41
Co do zdania “Po turnieju okazało się, że to „grubo” to były szóstki i mój read był zdecydowanie lepszy”
Jesteś na 100% pewny że kolega powiedział prawdę?
Ty także zawsze szczerze mówisz co miałeś w “jakimś tam rozdaniu” ?
Jeżeli to naprawdę były szóstki to był zły fold,jednak do czasu jak w jakiś cudowny sposób ktoś tego nie udowodni fold z JJ był do przyjęcia.
Lynx33 02.06.2010 22:24
Z The Mentalist i Lie to Me jestem na bieżąco i ogromnie polecam.
Seriale odkryłem stosunkowo niedawno ale jestem zachwycony i łykam jeden za drugim. Kiedyś preferowałem filmy (i miałem więcej czasu na książki) ale to co serwują nam amerykańscy Twórcy jest po prostu nadspodziewanie dobre. Jak skończę wszystkie do tej pory nakręcone odcinki Dextera to pewnie zainteresuję się Californication. Uwielbiam seriale z wyrazistym, świetnie skonstruowanym głównym bohaterem.
Swoją drogą to bardzo budujące, że seriale amerykańskie są tak kosmicznie dobre. Ludzie odpowiedzialni za scenariusz i realizację są nieprzeciętnie profesjonalni i utalentowani. Poza tym mimo, iż mamy kilka podstawowych departamentów jak wspomniana przez JD “detektywistyczna, prawnicza lub medyczna papka” to w ich obrębie występuje bardzo duża dywersyfikacja. W CSI mamy grupę ekspertów, w The Mentalist dobrodusznego geniusza z traumatycznym odcinkiem w życiu, w Dexterze skrzywdzonego socjopatę dążącego do zdefiniowania własnej osobowości etc. Teoretycznie są to dość oczywiste i naturalne elementy fabuły ale to jak dobrze są one realizowane zrzuca z krzesła. Wystarczy sobie przypomnieć jak David Duchovny grał w Z archiwum-X i jaki jest w Californication. Rzecz w polskim kinie czy serialu nie do zobaczenia.
To oczywiście bardzo krzywdzące ale mam czasem wrażenie, że w Polsce wszystkie role obsadza tylko kilku aktorów. Sądzę, że bierze się ono stąd, że tylko kilku jest naprawdę dobrych a reszta przypomina grupę statystów, o których szybko się zapomina. W stanach bardzo popularne są dowcipy na temat Keanu Reeves-a ponieważ z tego co wiem nie skończył on żadnej szkoły aktorskiej (jak zresztą wielu popularnych aktorów na świecie) i jego kunszt aktorski bywa często kwestionowany. W Polsce taki aktor byłby w absolutnej czołówce pośród aktorów, którzy wyznają miłość z mniejszymi emocjami niż wykazują podczas rozmowy z dziennikarzem i aktorek, które informują o śmierci czyjejś matki tonem używanym w czasie niedzielnego obiadu z rodziną.
Poza tym, polskie seriale dzielą się na wyłącznie 3 departamenty: “obyczajowa papka”, “słaba komedia” i “próba czegoś nowego która nie wychodzi”. Ciekawe czy to wina mało utalentowanych i profesjonalnych filmowców/aktorów/scenarzystów małych budżetów czy tego, że wszyscy ludzie oglądający telewizję w Polsce są mniej więcej tacy sami?
Zaznaczam, że wszystkie niepochlebne treści o których napisałem to tylko wrażenia. Nie jestem ekspertem, jednak wszyscy pokerzyści zarabiają na życie oddzielaniem lepszych opcji od gorszych w obrębie jednej dziedziny, ufam więc, że nie napisałem tutaj niczego totalnie głupiego.
robpal 02.06.2010 21:47
Dexteraz chyba Jack zna :) Dobrych seriali jest mnóstwo mnóstwo – Sopranos, Six Feet Under, The Wire, 24, Lie to Me, Braking Bad, Weeds, Californication i pewnie jeszcze z 10 bym wymienił :)
kaczor 02.06.2010 21:46
rozmowa Jacka z papa Shepardem wszystko wyjasnia. Wiadomo jak sie Lost konczy. Co nie zmienia faktu, ze zakonczenie to nijak sie ma do sezonow 3-5 i rozdmuchanych tajemnic. Pozostaje niedosyt. Ale sam final jako final ujdzie w tlumie.
ps. Final Fringe (sezon2) i FF(sezon1) bardzo dobre… szkoda cancela dla FF
justice 02.06.2010 21:28
kazdy ma swoja racje…
co do seriali, dexter zdecydowanie najlepszy. Nr. 1 dla mnie a za nim daleko,daleko pierwsze sezony lost. No i rodzina soprano tez jest warta polecenia.
robpal 02.06.2010 21:26
A propos seriali, polecam: “Chuck, “White Collar”, “The Mentalist” i “Fringe” :) Pierwsze 3 są raczej komediowe z elementami sensacyjnymi (lub też sensacyjne z elementami komediowymi, zależy od odcinka :) ), ostatni to nowe “Z Archiwum X” – wg mnie znacznie lepsze od swojego pierwowzoru.