PODRÓŻ Z PRZYGODAMI
Tanie linie to nie jest na pewno coś co mnie kręci. Samoloty są zazwyczaj małe, warunki
podróży słabe, nawet za głupie śniadanie płaci się majątek, a towarzystwo w podróży też
można trafić różne. Tym bardziej, jeśli leci się do Portugalii przez Anglię, nową ojczyznę
kilku milionów naszych rodaków. Niestety, inaczej do Faro dostać się jest niezwykle trudno
(albo nadzwyczajnie drogo), więc musieliśmy skorzystać z usług tychże tanich linii. Okęcie
o 6 rano zostało więc opanowane przez podróżnych lecących do Londynu oraz (tak ja i my)
do Liverpoolu. Szybki rzut oka wystarczył nam do tego, żeby wiedzieć z kim będziemy
spędzali kolejne dwie godziny z hakiem. ?Bagaż podręczny? nabrał dla mnie kompletnie
nowego znaczenia, gdy zobaczyłem jak jakieś babsko targa do samolotu torbę wypchaną
po brzegi parówkami, konserwami i kiełbasą. No cóż, widać synek w Anglii chodzi trochę
głodny?
Rozbawiła mnie też opcja ?szybkiej odprawy?, którą można sobie było wykupić
przy rezerwacji biletu. Za dodatkowych kilka złotych można sobie zafundować możliwość
podejścia jako pierwszemu do stanowiska odprawy i poczuć się wyróżnionym wśród
reszty lecącego motłochu. Po co? Ano po to, żeby zejść zaraz do lotniskowego autobusu
i czekać, aż ta reszta ludzi zostanie odprawiona i równocześnie z nimi wchodzić do samolotu!
Ale mi frajda! Promocja ?nie do odrzucenia?!
Latam już samolotami jakiś czas w swoim życiu i za każdym razem zastanawiam się po jaką
cholerę nasi głupi rodacy klaszczą po lądowaniu??? Ten zwyczaj jest wybitnie polską tradycją,
bo w żadnym miejscu na świecie nie spotkałem się z tak durnym okazywaniem swej radości
po dotknięciu przez pilota płyty lotniska. I tym razem nie było inaczej. Ledwo nasz Airbus
wylądował, a jakaś nawiedzona paniusia dwa rzędy przed nami rozpoczęła wielkie klaskanie,
rozglądając się przy tym dookoła jakby chciała zmobilizować resztę pasażerów do tej
kretyńskiej zabawy. Nie mogłem się oczywiście powstrzymać i skwitowałem to krótko: ?Cała
wieś śpiewa i tańczy!?. Od razu napotkałem na wzrok oburzonej paniusi ? prowokatorki, ale
chyba bała się mi coś powiedzieć po tym jak zmieszałem z błotem naszą panią stewardesę.
Otóż (jak już Pawcio opisał to w swoim blogu) żegnając pasażerów pani ta życzyła wszystkim
?miłego pobytu w Liverpórzu?! Co??? Gdzie??? Znam kilka miast na świecie, ale nie znam
żadnego Liverpórza!! Znam Sandomierz, Racibórz, ale Liverpórz??? To komu kibicuje w
takim razie Soprano? Liverpoolowi czy Liverpórzowi?? Żenada!! Taki babol jest dla mnie
czymś niewybaczalnym! Kogo te linie zatrudniają? Analfabetów?? No, ale ja mam zboczenie
na tym punkcie i może przesadzam?
Lotnisko w Liverpoolu jest małe i w zasadzie wygląda tak jakby miało służyć tylko do obsługi
polskiej emigracji. Angielskiego usłyszeć trudno, za to co chwila ktoś gdzieś mówi coś po
polsku. Nawet spora część napisów i tablic informacyjnych jest w naszym języku. Na nasze
szczęście przerwa w podróży nie miała trwać zbyt długo i po niedługim czasie ładowaliśmy
się już do kolejnego samolotu, tym razem już do Faro. Zmęczony jak cholera po 40 godzinach
na nogach całą podróż przespałem. Obudziłem się jak podchodziliśmy już do lądowania.
Potem jeszcze tylko krótka podróż taksówką do naszego hotelu Tivoli Marina w Vilamoura.
Kierowcą był jakiś klon Christiano Ronaldo (a raczej nieudana jego podróba), który cały
czas zagadywał wesoło Łysego po portugalsku. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt,
że pędził 160 km/h po wąskiej drodze i gapił się Łysemu w oczy zamiast przed siebie! W
końcu osiągnęliśmy cel naszej podróży i można było chwilkę odsapnąć?
VILAMOURA ? PORTUGALSKI SOPOT
Kurort Vilamoura przypomina nieco nasz polski Sopot. Z tą tylko różnicą, że w naszym
Sopocie nie stoją w porcie jachty po kilkadziesiąt milionów euro za sztukę, a tu jest ich
od groma i trochę! Hotel Tivoli Marina położony jest tuż nad brzegiem morza, z jednej
strony jest więc cudowna plaża, z drugiej zaś rewelacyjnie wyglądająca marina wypełniona
wspomnianymi jachtami, łódkami, żaglówkami, motorówkami i wszystkim co pływa po
wodzie i kosztuje krocie. Co ciekawe, większość tych sprzętów należy do Anglików, którzy
upodobali sobie tą część Portugalii na swoje wakacyjne miejsce wypadów. Oprócz pięknego
morza jest jeszcze druga przyczyna ? dziesiątki pól golfowych, na których Angole spędzają
każda swoja wolna chwilę. No cóż, jak ma się kasę to można?
Poza tym jest tak jak w każdym miejscu tego typu na świecie. Knajpki, restauracje, sklepy
z duperelami, ciuchami czy pamiątkami, agencje turystyczne i inne tego typu lokale. Jeden
z nich spodobał nam się ciut bardziej od innych ? restauracja (a może bardziej pub) należący
do jednego z najlepszych w historii piłkarzy Europy Luisa Figo. W tym lokalu obejrzeliśmy
w czwórkę w środę mecz Manchesteru United z Wigan. Ja i Losadamos oczywiście całym
sercem kibicowaliśmy Czerwonym Diabłom, ale Łysy i Pawcio na znak protestu trzymali
stronę Wigan. Poszły nawet side bety o wynik, ale nikt z nas nie trafił?
Wcześniej, po zjedzonym obiadku we włoskiej restauracji, poszliśmy na obchód okolicy i
trafiliśmy na hotelową plażę. Trzeba sobie jasno powiedzieć ? coś rewelacyjnego! Wielkie
sofy ustawione na piasku, loże z miękkimi poduchami czy olbrzymie materace to widok,
którego próżno szukać nad Bałtykiem. Do tego fajna muzyczka sącząca się z głośników,
mojito w dłoni i można było oddać się zasłużonemu relaksowi. Naprawdę, taki chill out
to ja rozumiem! Potem szybka wizyta na basenie, mała wojenka podczas gry w piłkę i na
mecz.
Wieczorem dotarł wreszcie do hotelu Robert Kubica razem ze swoją dziewczyną Edytą.
Los pokarał trochę Roberta, bo od paru dni robił sobie ze mnie jaja wysyłając mi co chwila
smsy w stylu ?Nie dojadę, bo mi BMW cos tam wymyśliło?. A ja za każdym razem dałem
się nabierać. Tym razem było podobnie. Wysłał mi smsa o treści ?Nie dojadę, odwołali mi
samolot?. Tym razem byłem już czujny i nie dałem się zrobić w balona, a? samolot mu
naprawdę odwołano!! Nawet sam Robert śmiał się potem, że za bardzo krakał i w końcu
dostał karę za swoje żarty. W każdym razie dotarł z Lizbony późnym wieczorem samochodem.
UNIBET OPEN ? DOBRZE I ŹLE ZARAZEM
Po środowych atrakcjach w czwartek nastał czas ciężkiej walki w turnieju Unibet Open.
Po losowaniu okazało się, że trafiłem na stół telewizyjny (tyle, że nie było transmisji) i
skład przy stole miałem niezwykle ciężki. Większość graczy znałem już z poprzednich
turniejów i wiedziałem, że mam do czynienia ze świetnymi zawodnikami. Tylko dwie
osoby przy stole to ewidentnie ?turyści? ? jakiś miejscowy dziadek i młoda laska (nawet
nie wiem skąd). Dziadek rozdał wszystko oglądając każdego flopa niczym Kiler, lasce sam
pomogłem szybko wylecieć zabierając jej w jednym rozdaniu dużą część jej żetonów po
jakimś udanym hero callu. Na ich miejsce trafili do stołu kolejni dwaj dobrzy gracze i zaczął
się prawdziwy pokerowy cyrk. Już na początku gry, w trzecim rozdaniu miała miejsce moja
pierwsza większa wygrana. Po podbiciu od jednego z graczy sprawdziłem z buttona z KQ.
Flop AJx, mój rywal zagrywa, ale tylko za 225 do puli prawie 600, więc postanowiłem jedną
kartę jeszcze tanio zobaczyć. I bum! Na turnie spada dycha! Mój przeciwnik leje za 625, ja
przebijam do 1650, on sprawdza. Nic nie znaczący river, on czeka, ja gram value beta za 2100,
a on po dłuższym namyśle jednak wyrzuca. Potem przyznał mi się, że miał QQ.
Generalnie na pierwsze levele miałem taki pomysł, żeby z ?rozwojowymi? kartami oglądać
tanio dużą ilość flopów, a gdy nadarzy się okazja samemu atakować preflop. Taka taktyka
zdawała egzamin. Kradłem sporo blindów, płoszyłem dobrych graczy z rozdań, czasem
trafiałem dobre flopy. Gdy młoda laska przy stole wygrała rozdanie z 53 powiedziałem
głośno, że to moja ulubiona ręka i pokażę wszystkim jak się ją rozgrywa. Okazję miałem już
za chwilę. Dostaję 53, robię raise preflop do 175 i dostaję dwa calle, w tym od ?dziadka?.
Flop K53 był dobrą informacją, więc gram c-beta. Dziadek call i na turnie pojawia się as.
Widzę, że dziadkowi zaczynają się trząść ręce. Trafił! Jest dobrze! Leję dalej, dziadek insta
call. River to kolejna trójeczka i ze skompletowanym fullem gram tłustego beta, dziadek
dokłada bez namysłu i szybko wywala swoje karty po obejrzeniu mojego fulla. Stół lekko
zbaraniał, a ja tylko powiedziałem jedyne co mogłem w tej sytuacji ? 53 jest lepsze od asów!
Jeszcze słowo o wspomnianym hero callu na tej młodej lasce. Podbiłem z A8 i dostałem aż
4 calle. Flop spadł absolutnie słaby ? J43. No ale jak się mówi A to trzeba powiedzieć B, więc
gram c-beta za 700 i sprawdza mnie ta laska. Drugą czwórkę na turnie oboje czekamy, a na
river spada ósemka dająca mi w końcu jakąś parę. Czekam, ona chwilę myśli i gra za 1300
zostawiając sobie tylko 2000 przed sobą. Cos mi się jednak nie spodobało w jej zagraniu,
jakoś tak dziwnie to zrobiła wszystko i sprawdziłem, a ona szybko wrzuciła karty do mucka.
Pokazałem swoje A8, chłopcy przy stole z uznaniem pokiwali głowami i wiedziałem już, że
nie będą za często próbować głupich sztuczek z blefowaniem. I o to chodziło!
Wszystko dobrze układało się aż do połowy siódmego levelu. Do tej pory miałem cały czas
stack powyżej średniej i gra układała się mi dobrze. Jednak żebym miał dobre karty to nie
powiem. Przez cały pierwszy dzień dostałem raz AA, raz JJ (wygrałem blindy), raz 99, raz 55,
raz AK i trzy razy AQ. Na tym koniec lepszych kart. Rzeźbiłem więc z jakimiś konektorami,
słabymi asami i tego typu dziadostwem. Na asy wygrałem niezłą pulkę z moją portugalską
?podróbą? czyli graczem o nicku Jack Daniels. Dostałem AA, podbiłem z UTG+1 i cały stół
zaczął wyrzucać karty. W końcu dołożył mi tylko portugalski JD na big blindzie. Flop 333,
mam więc fulla. Gram c-beta, on natychmiast dokłada. Waleta na turnie przeczekał, więc i ja
nie biłem, tylko po to, żeby na riverze (spadła piątka) po jego kolejnym checku zagrać over
beta i dostać insta call. Pokazałem asy, on wyraźnie wkurzony wywalił karty i od tej pory
miałem z nim ciężką przeprawę w każdym wspólnym rozdaniu. A trzeba przyznać, że gracz
z niego jest naprawdę świetny i każde wygrane rozdanie z nim to nie lada frajda. Doszedł
zresztą do FT w tym turnieju, więc o czymś to świadczy?
W połowie siódmego levelu przegrałem jednak dużą pulę i zaczął się mały dramacik. Karta
kompletnie mi przestała iść, foldowałem większość rąk i nie miałem jak wejść w rozdanie.
Gra zaczęła być bardziej agresywna, bo shorty atakowały all inami i zrobiło się niewesoło.
Na szczęście w samej końcówce wygrałem dwie większe pule, trochę ukradłem preflop i
z 14 tysięcy zrobiło się nagle na koniec dnia 26.500. Można było odetchnąć? Szkoda tylko,
że z 19 graczy do dnia drugiego przeszło nas tylko czterech?
DZIEŃ DRUGI ? DRAMAT!!!
Do czwórki z dnia 1A dołączył do nas tylko Stasiu z dnia 1B i cała nasza piątka stawiła się
na starcie dnia 2 w sobotę wśród 135 zawodników walczących o stół finałowy. Powiem
krótko ? to była jakaś masakra! Przez prawie 4 godziny gry, aż do mojej eliminacji, dostałem
takie oto ?premium hand? ? raz parę dziewiątek (all in po próbie kradzieży blindów przez
gracza na buttonie), A9, A8, A3 i A2. Piąty as, którego zobaczyłem tego dnia był ostatnią
ręką w turnieju. W zasadzie foldowałem wszystko, bo miałem same śmieci w stylu 83 czy 92.
Kilka razy zobaczyłem coś w stylu JT albo K8 i próbowałem kraść blindy. Ze dwie większe
pule, które udało mi się zwinąć rywalom wygrałem z kartami T8 i T7. W końcu przeszedłem
na nowy stół i tam nie było inaczej. Raz wygrałem większą pulę po przemyślanym zagraniu
przeciwko określonemu przeciwnikowi. Podbił on z późnej pozycji, ja z SB dołożyłem mając
78 w kierach, dołożył też gracz na BB. W puli było więc już prawie 15k. Flop 953, ja czekam,
podobnie duży blind i gość atakujący preflop od niechcenia wrzuca żeton 5k do puli jakby
już czuł się wygranym w tej puli. Ja w związku z tym natychmiast wsuwam swoje 23k na
środek stołu. BB szybko folduje, a ten zaczyna myśleć. Myśli i myśli, liczy te żetony, obraca
je na wszystkie strony, już chce wyrzucać karty, żeby zaraz je ponownie obejrzeć? Wszystko
to trwało dobre 3 minuty. Ja jak skała ? bez ruchu przez cały czas. Już mi się chciało nawet
ślinę przełknąć, ale gapił się na mnie cały czas, więc musiałem to odłożyć na potem :P W
końcu sfoldował rękę, ale chyba z ciężkim sercem. Nie wiem co miał, ale moim zdaniem
jakąś parę w przedziale 66-88. Problem polegał na tym, że sprawdzając mnie zostawiał sobie
około 5k w stacku i widząc to zmusiłem go w ten sposób do foldu. A jakby mnie sprawdził to
zawsze miałem jakieś outy? W każdym razie się udało.
Kilka minut później przesiadłem się do stołu Żelika. Najpierw nieudana próba kradzieży z
JT i Żelik z królami stawia mnie na all inie, więc fold. Dwie czy trzy ręce później to samo
robię z KT w kierach, ale jeden z shortów przebija mnie za połowę swojego stacka, więc
wiem, że chce, żeby mu dołożyć. Kolejny fold. Gdy zobaczyłem więc A4 w pikach na
wczesnej pozycji pomyślałem, że z takim all inem za około 25k można się wybrać, bo dołoży
mi tylko monster. No cóż, są jeszcze gracze słabi? Wpycham swoje żetony na środek i jakiś
gracz mówi ?raise?. Krupier zwraca mu uwagę, że przed nim ktoś już zagrał all in. Ten
wyraźnie jest niezadowolony, bo chciał raczej kraść z CO blindy, gra jednak separacyjnego
all ina. Pokazuje QJ off, ja rzucam swojego piątego tego dnia asa na stół, pierwsza karta to
od razu walet i jest po zawodach. 65 pozycja w turnieju na 410 graczy to może i dobre
miejsce, ale biorąc pod uwagę tylko 20 miejsc do kasy, kompletny brak kart przez większość
gry i ?przypadkowe? odpadnięcie na koniec to uważam, że z taką grą jaką zagrałem powinno
być jednak lepiej. Co ciekawe ? mój all in z A4 był moim trzecim czy czwartym przez cały
okres gry, a pierwszym z showdownem. Nie wchodziłem w głupie rozdania, potrafiłem się
poddać nawet podejrzewając, że mam coin flipa z rywalem, dobrze czytałem grę rywali.
No niestety, zabrakło odrobiny karty i ciut szczęścia.
Jeszcze jedna uwaga na koniec dla wszystkich tych, którzy pisali w komentarzach, że grałem
stiltowany. Po pierwsze to kosmiczna bzdura i możecie sobie takie uwagi zostawić dla siebie.
Po drugie to będąc tutaj zauważyłem, że mam o wiele większy szacunek wśród graczy z
zagranicy niż wśród ?swoich?. Rozmawiałem z wieloma zawodnikami, gratulowali mi dobrej
gry podczas turnieju, analizowaliśmy razem rozdania pomiędzy nami z tego Unibet Open czy
poprzednich turniejów z tego cyklu. Naprawdę miło jest usłyszeć od Szweda, Fina, Włocha
czy Holendra ciepłe słowo o swojej grze, szczególnie jako słowa otuchy po odpadnięciu z
turnieju. Tylko nasze ?piekiełko? potrafi pisać komentarze w stylu ?A nie mówiłem, że zaraz
odpadną? lub ?Wszystko wraca do normy?. Dla każdego droga wolna i każdy może sam
spróbować swoich sił w dużym turnieju. Dajcie nam wszystkim okazje do radości i dotrwajcie
do stołu finałowego!!
TYTUŁ DLA UNITED!!!
W sobotę, tuż przed drugim dniem rywalizacji w turnieju udaliśmy się ponownie do pubu
Luisa Figo, aby obejrzeć mecz Manchesteru United z Arsenalem. Plan był prosty ? zdobyć
punkt wystarczający do zdobycia kolejnego tytułu mistrza Anglii. I plan zrealizować się
udało! Bezbramkowy remis dał nam mistrzostwo! Smakowało ono wyjątkowo dobrze, bo
razem ze mną i Losadamosem mecz oglądali Pawcio i Soprano. No cóż Soprano, jak już
kilka razy Ci z Adasiem mówiliśmy - maybe next season? :P Cały pub wypełniony był
kibicami Man Utd i oczywiście wszyscy czekali na moment, w którym sędzia ogłosi koniec
meczu, a co za tym idzie mistrzostwo dla Czerwonych Diabłów. A przed nami teraz mecz
sezonu ? finał Ligi Mistrzów z Barceloną! Będzie się działo!! Let?s go United!!
KILKA DNI ODPOCZYNKU
Po wrażeniach turniejowych razem z Losadamosem udaliśmy się do miejscowości położonej
kilka kilometrów od Vilamoury na kilka dni wczasów. Adasiowi w życiu niewiele chyba
rzeczy udało się tak dobrze jak znalezienie tego hotelu! Porto Bay Falesia w miejscowości
Olhos d?Agua (czyli Oczy Wody) - pomimo trochę mniejszego standardu niż nasz poprzedni
hotel ? jest miejscem wręcz cudownym. Widoki roztaczające się dookoła z pięknego klifu,
śliczna plaża, wspaniałe warunki do odpoczynku na miejscu ? wszystko to sprawia, że pobyt
tutaj należy do najlepszych rzeczy, które udało mi się przeżyć i zobaczyć. Naprawdę ciężko
mi będzie wracać w piątek do Warszawy? Ale póki co korzystam z upalnego słońca, latam
po plaży i podziwiam piękne widoki robiąc przy okazji setki zdjęć. Serio, zakochałem się w
tym miejscu!! Zresztą zobaczcie sami jak tu ładnie?
Do zobaczenia w Polsce!
W maju blogerzy PokerTexas walczą o nagrody warte $400
Aktywni w maju blogerzy zagrają we freerollu z pulą $100, a najlepszy otrzyma bilety do turniejów za $120 Sprawdź szczegóły »
Aby dodać komentarz musisz się zalogować!
Komentarze (42)
Pawcio 21.05.2009 20:13
@Krojo – Masz absolutną rację, mój problem polega na tym, że jestem leworęczny i non-stop się na tym łapię, ale mnie to też strasznie razi.
krojo 21.05.2009 19:48
tak zupełnie bez napinki chciałem zwrócić uwagę na pewną rzecz która irytuje każdego w miare ogarniającego kibica Legii – robienie e(L)ki lewą reką to mniej wiecej tak jak spiewanie “Mistrzem Polski jest Legia…” z szalikiem trzymanym do góry nogami :/ nie jest to chyba az tak trudne do zapamietania.
kumite 21.05.2009 19:41
A moim zdaniem te klaskanie to niezła wiocha i czas z tym skończyć co innego gdyby pilot “posadził” samolot przy dwóch palących się silnikach:-)
p.s.
a swoje zdanie trzeba mnieć, brawo Jack!
Mlody 21.05.2009 19:25
Wydaje mi sie ze krytykujac glosno zachowywales sie w samolocie dokladnie tak samo jak “rasowy” Polak – czyli wszystko zle, wszyscy debile tylko jak najmadrzejszy.
Oczywiscie nie odbieraj tego jako atak :]
anoxic 21.05.2009 17:44
RATUNKU!!!
POMOCY!!!
NIEMCY MNIE BIJĄ!!
dada2333 21.05.2009 15:46
To klaskanie jest do przejścia gorzej jak rodacy daja popis po alkoholu w samolocie ;-)
JackDaniels 21.05.2009 15:38
@Birofil – akurat jeśli chodzi o miasta w Polsce to odwiedziłem chyba każdą w miarę większą mieścinę w tym kraju. A to za sprawą moich obowiązków windykacyjnych, gdy pracowałem jeszcze w tej branży. I nie naśmiewam się z miasta tylko z obsługi linii Wizzair…
@dada2333 – może i nic w tym złego, ale według mnie to szczyt obciachu i zaściankowości. Gdy ja latałem do Korei i Malezji to nawet Azjaci nie klaskali…
dada2333 21.05.2009 15:17
Nie tylko Polacy klaszczą.Kiedyś przez opóźnienie na naszym wspaniałym lotnisku spóźniłem sie na kolejny samolot z Amsterdamu do Pekinu.Trafił mi się samolot wypełniony azjatami i oni też klaskali.Czy to coś złego?
Birofil 21.05.2009 12:58
Skąd Ty morzesz znać Racibórz?.Mam nadzieje ,że nie nabijasz się z tego cudownego miasta
Pozdrawiam
anoxic 21.05.2009 12:32
Ja próbowałem
Na małym turnieju
Poza tym nie pisz tu takich rzeczy bo inni też to przeczytają i będą stosować;)