Pogmatwane są moje blogerskie losy. Po różnych perypetiach postanowiłem po dłuższym namyśle wrócić ponownie na łamy Pokertexas z moimi tekstami, bo jakoś nie widzę w tej chwili lepszej opcji na pisanie bloga, a pisać nadal mam ochotę i (o dziwo!) są jeszcze tacy, co chcą to czytać. Albo przynajmniej dobrze kłamią… Tak czy inaczej zapraszam na bloga!
Na początek jestem chyba winien małe wyjaśnienie. Jak pewnie część z Was wie kilka miesięcy temu postanowiłem założyć swój portal pokerowy. Plany miałem dość bogate i myślę, że całkiem ciekawe, a wiele osób namawiało mnie do tego, żebym taki projekt „odpalił”. Wiele z tych osób oferowało mi również swoją pomoc i chęć współpracy. Mimo początkowych niechęci do rozpoczynania tego typu przedsięwzięcia (głównie przez brak takiej ilości czasu, która dawałaby mi komfort prowadzenia takiego portalu) dałem się jednak namówić i wkrótce powstała moja nowa strona. Niestety, okazało się, że większość z osób oferujących swą pomoc miała zwyczajnie słomiany zapał, ze współpracy większości z nich wyszły nici, a ja po jakimś czasie zostałem z całym tym cyrkiem sam jak palec. Starałem się pociągnąć to sam, ale duża ilość pokerowych wyjazdów i innych obowiązków zwyczajnie nie pozwalała mi na regularne pisanie i prowadzenie strony. Biorąc pod uwagę wszystkie te (oraz kilka innych) okoliczności postanowiłem zakończyć prowadzenie strony. Ktoś może powie, że to w pewnym sensie jakaś moja porażka, ale ja tego nie odbieram w takim wymiarze. Wolę o tym myśleć jako o kolejnym doświadczeniu w moim życiu. Nauczyłem się sporo w kwestiach czysto technicznych (a byłem kompletnie zielony w tych sprawach), poznałem się na kolejnych ludziach i wiem już na kogo można w przyszłości liczyć. Za krótką, ale owocną współpracę chciałbym podziękować wszystkim osobom „zamieszanym” w tworzenie portalu, a przede wszystkim Przemkowi „Oberowi” i Maćkowi „Słowo” – bez Was chłopaki nie dałbym na pewno rady!
Ostatni odcinek bloga pisałem po powrocie z wakacji na Teneryfie, a że było to w sierpniu to trochę czasu od tamtej pory minęło i tematów się nazbierało dość dużo. Dziś postaram się otrzeć o te najważniejsze i najciekawsze, bo wszystkiego opisać nie zdołam i nawet już mi się nie chce. Zacznę od mojej wizyty w Dublinie na Unibet Open. Pisałem tam relację z turnieju i obserwowałem z zupełnie innej perspektywy wydarzenia na tak dużej imprezie pokerowej. Muszę przyznać, że byłem pod wielkim wrażeniem perfekcyjnej organizacji turnieju. Odbywał się on w olbrzymim Citywest Hotel na obrzeżach stolicy Irlandii. Co ciekawe, w tym samym czasie w tym samym hotelu odbywało się jeszcze przynajmniej kilka dużych imprez, w tym jakieś mistrzostwa juniorów (chyba Europy, ale głowy nie dam…) w boksie, konkurs taneczny, w którym brało udział chyba z kilkaset uczestniczek i inne eventy. Do tego jeszcze jakieś wesele (które trwało chyba ze trzy dni), mnóstwo golfistów opanowujących miejscowe pole golfowe – jednym słowem tłumy ludzi! Jak to wszystko ograniali ludzie z hotelu? Nie mam pojęcia, ale jak widać byli chyba przyzwyczajeni do takich spędów i tłoku. Sam turniej był dla naszych zawodników nieudany, bo żaden nie zameldował się nawet w kasie, ale trzeba przyznać, że większość Polaków odpadała dość pechowo lub w fatalnych okolicznościach. Ciekawostką jest na pewno fakt, że ostatecznym triumfatorem turnieju w Dublinie został Anglik Paul Van Walsem, który przyjechał do Irlandii… z nudów! Był czwartek, jego znajomi wyjechali, on siedział sam w domu, zaczął więc przeglądać terminarz pokerowych turniejów i jego wybór padł na Unibet Open. No i „z nudów” wrócił bogatszy o ponad 105.000 euro! Został przy okazji pierwszym reprezentantem Anglii, który wygrał event Unibetu.
Obserwując grę najlepszych podczas finałów tak strasznie zachciało mi się zagrać w kolejnym turnieju z tego cyklu, że postanowiłem usiąść do satelit i nie wstawać, póki nie zdobędę pakietu na event w łotewskiej Rydze w grudniu. Cóż, nie nasiedziałem się za długo. Pakiet zdobyłem… przy pierwszym podejściu! Mało tego, stało się to w momencie, gdy wcale tego nie oczekiwałem. Zagrałem bowiem w satelicie wtorkowej za 110€, gdzie do wygrania są dwa gwarantowane pakiety. Biorąc pod uwagę, że w satelitach niedzielnych (za 275€) tych pakietów jest bodajże osiem to moje szanse na zdobycie miejscówki w Rydze nie były za duże. Zagrało niewiele osób (chyba 29 graczy), ale w związku z tym nie uzbierało się więcej miejscówek, ja siadałem do turnieju niespecjalnie skoncentrowany i na początku nie grało mi się najlepiej. Na całe szczęście struktura tych satelit jest genialna, bo na start jest aż 5.000 w stacku, poziomy blindów są dość długie i początkowe straty można było spokojnie odrobić. Najważniejsze rozdanie przyszło gdzieś po godzinie gry, gdy moje JJ pokonało AK rywala. Przeciwnik trafił dwie pary, ja seta i zaliczyłem pierwsze podwojenie. Potem poszło już z górki. Na FT wchodziłem jako chiplider, wywaliłem z turnieju jeszcze kilku graczy na stole finałowym i nagle zostało nas trzech. Gdy w grze było 145.000 żetonów ja miałem ich 108.000, a dwóch rywali resztę. Przez moment zrobiło się trochę nerwowo, bo chyba trzy razy podwoiłem shorta, ale w sumie wszystko skończyło się szczęśliwie i w grudniu wystąpię na Unibet Open w Rydze. Oby tam też tak dobrze poszło jak w satelicie! Razem ze mną zagra na Łotwie przynajmniej 15 innych Polaków, którzy już zapewnili sobie miejscówki w turnieju. Jak widać satelity do Unibet Open są domeną naszych graczy, więc polecam ich granie wszystkim tym, którzy chcą wystąpić w tym turnieju. Tym bardziej, że poziom graczy w tych satelitach nie jest jakiś specjalnie powalający na kolana…
Jak już jesteśmy przy grze online to muszę kilka słów poświęcić moim walkom na Chilipoker. Cały czas gram tam turnieje MTT i póki co jestem z wyników zadowolony, choć ostatnio dopadł mnie niewielki downswing i po kilku bardzo dobrych wynikach i niezłych finansowo wygranych przyszła pora trochę oddać. Niestety, muszę się przyznać bez bicia, że sporą część z tych turniejów zawaliłem sam, bo po prostu grałem słabo i mógłbym wskazać mnóstwo błędów w swojej grze. Najczęstszy powód to mój brak koncentracji przy dłuższym turnieju. Przykład: grałem ostatnio jakiś turniej z rebuyami i w zasadzie od pierwszego rozdania byłem jego chipliderem. W pierwszej ręce zaliczyłem potrojenie, w fazie rebuy masakrowałem stolik i po godzinie gry i wzięciu addona miałem około 45.000 żetonów, podczas gdy drugi gracz miał ich jakieś 26.000. Przewaga olbrzymia, dobra gra, niezłe ręce startowe w dalszej fazie gry – wszystko wskazywało na to, że powinienem tam dojść bardzo wysoko. W pewnym momencie jednak totalnie się rozkojarzyłem po przegranym rozdaniu z jakimś matołem siedzącym przy stoliku, który po moim 4-becie postanowił obejrzeć flopa z 85 off i trafił tripsa piątek na moje KK. W tym momencie zamiast grać dalej swoje (nadal byłem liderem, a w grze zostało około 20 graczy) to postanowiłem za wszelką cenę wywalić go z gry i nadziewałem się na kolejne monstery u niego lub innych rywali. Odpadłem na 18 miejscu grając jak ostatni idiota… Cóż, jest nad czym cały czas pracować, bo takie turnieje nie mogą się zdarzać jeśli chcę myśleć o grze online na poważnie. A że w sieci gram na serio tak naprawdę od niedawna to cały czas uważam się za nowicjusza w tym temacie i co chwila wpadam na coś nowego, co należy poprawiać i nad czym trzeba solidnie popracować. Najbliższy plan to dołączenie do swojej gry jakiegoś programu wspomagającego typu Holdem Manager. Jestem już teraz przerażony…
W grze live nie mam ostatnio za dużo doświadczeń, ale kilka turniejów zagrałem. Przede wszystkim Chilipoker Deepstack Open na Malcie, HESOP w wiedeńskim Montesino i Deluxe Challenge w tym samym miejscu. Na turniej na Malcie nastawiałem się bardzo mocno i chciałem tam poważnie powalczyć, bo czułem, że forma jest dobra, samopoczucie miałem świetne, a rywale pochodzący głównie z basenu Morza Śródziemnego do specjalnie wymagających nie należą. Jak się gra z Włochami, Hiszpanami czy Francuzami wie każdy, kto zaliczył choć jeden duży turniej międzynarodowy w swoim życiu. Większość z nich klasyczne donki i dawcy, rzadko który prezentuje solidny poziom, a i tak takiego na stole rozpoznaje się od razu. Początek był bardzo obiecujący. Kilka mniejszych pul wygranych, duża ilość obejrzanych flopów (bo rywale niespecjalnie lubili podbijać preflop), aż w końcu trafiłem najsłabszego gracza na stole na kilkanaście tysięcy trafiając strita z flopa i mocno betując każdą ulicę. Opłacał mi do końca z drugą parą… Zaraz po tym rozdaniu przyszła kluczowa ręka dla moich losów w tym turnieju. Gdy opisałem ją na Facebooku rozpętała się prawdziwa burza, że zagrałem to mega słabo i bezmyślnie, ale ja nadal twierdzę z pełnym przekonaniem, że w takim turnieju i z takimi graczami należy podejmować większe ryzyko, bo w przypadku trafienia dobrego układu słabi rywale opłacają mi wszystko do spodu. I tak byłoby pewnie i w tym przypadku, ale… No właśnie… Zacznę od początku. Będąc na CO-1 i po samych foldach do mnie, przy blindach 100/200 podbiłem do 500 z K9 w kierach. Gracz z CO sprawdził, a gracz na buttonie przebił do 1500. Jako, że gracz siedzący za mną nie miał w swym repertuarze zagrań foldu, gdy już się „zaszczepił” w rozdanie i byłem przekonany, że dołoży, a 3-betujący zawodnik grał dość agresywnie i często starał się kraść pule preflop to postanowiłem dołożyć brakujący tysiąc. Gracz za mną również oczywiście dołożył i razem obejrzeliśmy flopa 997 (dwa kara). Po dwóch checkach agresor c-betował za jakieś 2500 (nie pamiętam już dokładnie szczegółów, a nie chce mi się grzebać na FB, ale było to coś koło tego), a ja przebiłem go o 3.000 żetonów. Po foldzie gracza z CO mój przeciwnik dołożył. Na turnie spadł król dający mi fulla, zagrałem za 9.000 i dostałem kolejny call. Po blanku na river zagrałem za 16.000, a mój przeciwnik wsunął all ina za około 25.000, co musiałem z second nutsem sprawdzić. Pokazał mi KK… Jeden out na turnie zabrał mi pule na chiplidera, a jestem całkowicie przekonany, że gdyby on tego króla nie trafił to i tak rozdanie przebiegłoby dokładnie tak samo. Tak czy inaczej stało się, a mi zostało około 15.000 żetonów, które niedługo potem oddałem temu samemu graczowi. Podbiłem z 77, on sprawdził, na flopie 654 zagrałem c-beta, a on postawił mnie na all inie. Over para i open ended to raczej łatwy call, on pokazał JJ, nic nie trafiłem i odpadłem na trzecim levelu… Był to mój najsłabszy występ ze wszystkich dotychczasowych turniejów z tego cyklu i byłem bardzo zawiedziony.
Na pocieszenie miałem pojechać do Wiednia na HESOP. Zapowiadała się świetna impreza i taka właśnie była. Oprócz wielu Polaków na starcie, w prezencie dostaliśmy całą masę „dead money” w postaci miejscowych mongołów, którzy edukację pokerową zakończyli najczęściej na poznaniu układów pokerowych. Ilość słabych graczy w Montesino mnie zawsze zastanawia, bo jest tam tyle fantastycznych pokerowych eventów, że naprawdę jest się od kogo uczyć grać, a te donki grają przeważnie jeszcze gorzej niż jakieś 1,5 roku temu, gdy grałem tam pierwszy raz w życiu. Oczywiście nie jest to powód do smutku, bo dzięki temu, że gra tam taka ilość słabych graczy to zazwyczaj można się (przy odrobinie szczęścia) łatwo zaopatrzyć w żetony na dalsze fazy turnieju. Tym razem formuła turnieju pozwalała na dwa starty (w dniu 1A i 1B), z czego oczywiście skorzystałem. Pierwszego dnia zaliczyłem najdziwniejsze rozdanie w historii mojej gry w pokera i myślę, że nic go długo nie przebije! Najpierw zaliczyłem double up na jednym z miejscowych, który postanowił ze swoją top parą oddać mi stack na drugim levelu, gdy trafiłem sobie seta. Mając więc ponad 40k w stacku mogłem grać już bezpiecznie. Siedzący ze mną przy stole Kądziel przegrał wielką pulę i siedząc na shorcie na blindach 100/200 zagrał all in z UTG w ciemno za 2.000. Ja patrzę w karty, a tam dwa piękne króle! Separuje więc stół za 5.000, a tu za mną nagle call!! A za nim następny call!! Przypominam – blindy 100/200, 20.000 żetonów na start!! Ale to nie koniec! Kolejny gracz nagle oznajmia all in za około 20.000!! Co zrobić, ja też gram all in! A za mną dwaj gracze, którzy już wrzucili po 5k do pota również all in!! WTF?????!!!!! Czyżbym wpadł pod pociąg?? Mamy showdown – Kądziel podnosi QQ i oczom nie wierzy, bo grał w ciemno! Gracz, który pierwszy zagrał all in też ma QQ! Za mną pierwszy gracz pokazuje 77, a drugi JT! A w puli ponad 100.00 żetonów!!! Moje „Kaziki” się utrzymały, czterech graczy wstało grzecznie od stołu, a ja zostałem w tym momencie liderem w dniu 1A.
Dalej gra szła mi różnie, spadałem do 70-80k, żeby zaraz mieć znowu 130-140k. Ostatecznie trafiłem na jakiś dziwny stół, na którym grał nawalony jak bombowiec miejscowy donk, który grał… hmmm… niekonwencjonalnie i miał przed sobą ponad 200k w stacku. Oczywiście każdy ogarniający grę zawodnik przy stole chciał go trafić, a kończyło się to tym, że on eliminował kolejnych graczy i budował swój stack. Oczywiście robił to z kartami w rodzaju Q3, 47, 59 i tego typu ścierwem. No ale trafiał i łamał wszystko co się dało. Miałem z nim dwa duże rozdania i w obu poddałem mu pule, choć w jednym byłem lepszy na pewno (miałem piątą parę i bardzo długo myślałem na sprawdzeniem jego overbeta – pokazał blef), a drugim miałem drugą parę, a on betował każdą ulicę i na koniec zagrał za ponad pół mojego stacka i odpuściłem, a on pokazał tylko jedną kartę, która była trzecią parą. W tym przypadku jestem jednak w 99% przekonany, że miał albo seta albo dwie pary i raczej fold był dobry. Tym bardziej, że przeszedłem do drugiego dnia mając około 70k co było solidną zaliczką, a miałem w zapasie jeszcze jedno podejście w dniu 1B i mogłem sobie zagrać bardziej agresywnie.
W dniu 1B trafiłem rewelacyjny stół, ale miałem przed sobą i za sobą dwóch dobrych graczy (pierwszy z Węgier, drugi jakiś przyjezdny Austriak). Ale od razu grało mi się bardzo dobrze i stack powoli, ale systematycznie rósł. Mógłbym tu opisać mnóstwo ciekawych rozdań, bo takich nie brakowało. Cały czas byłem w akcji, nie miałem momentów bezkarcia i non stop coś się działo. A że do tego flopy fajnie współpracowały to grało się przyjemnie. Byłem bardzo zadowolony ze swojej gry i skończyłem dzień mając około 130.000 żetonów, co dawało mi chyba szósty czy siódmy stack przed drugim dniem turnieju. A tu już naprawdę poszalałem! Po raz pierwszy w życiu mogę chyba z czystym sumieniem powiedzieć, że miażdżyłem rywali, grając najlepszego pokera, na jakiego mnie stać. Miałem świetne ready, czułem fantastycznie stolik i kolejnych przeciwników, wychodziły mi blefy, a dobre układy były sowicie opłacane. Bardzo dobrze miksowałem grę i wprowadzałem swoich rywali w stan, w którym po każdej kolejnej ręce mówili tylko „no nie, znowu on…”. Największy problem stwarzał mi zawodnik siedzący tuż po mojej lewej. Na samym początku gry trafił on jakąś babę w olbrzymiej puli i posiadał ogromny stack, a tak się jakoś „dziwnie” składało, że ile razy ja nie podbijałem preflop to on był w rozdaniu i nie było go łatwo z niego wywalić. Przebijał mnie, sprawdzał do końca, za cholerę nie chciał mi odpuścić żadnej ręki. Na początku trochę mnie to wybijało z rytmu, ale potem dostał kilka solidnych batów i się uspokoił. Zabierał innym, oddawał mi. A ja do tego zabierałem całemu stolikowi, bo siadało mi niemiłosiernie, a przeciwnicy już nie wierzyli, że ponownie mogę mieć „grubo”.
Skończyłbym ten drugi dzień pewnie jako zdecydowany chiplider, bo uzbierałem ponad 1,4 miliona w stacku, ale mój „przyjaciel” siedzący po mojej lewej popisał się tak genialnym zagraniem, że musiało się to skończyć jego wywaleniem z turnieju i olbrzymim stackiem u gracza, który z nim to rozdanie wygrał. A że ten sam zawodnik miał w ostatnie kilka minut ostatniego levelu takich rozdań kilka, to on skonczył dzień jako lider. Drugi dzień zaczął się całkiem dobrze, na początku wywaliłem jednego shorta i grało się dobrze. Po mojej lewej tym razem siedział Obywatel, a po prawej usiadł na miejsce wyrzuconego shorta kolejny Polak. I w rozdaniu z nim rozwiązały się moje losy w turnieju. Przy blindach 10k/20k na wojnie blindów podbił on z SB do 40k, a ja dołożyłem z J8. Flop J86, trzy piki, on gra za 60k, ja przebijam go do 210k, a on gra nagle all in za ponad milion żetonów! Wiedziałem już, że to gracz agresywny i grający często na wystraszenie swoich przeciwników, więc dwie top pary to dla mnie w tej sytuacji ręka nie do wyrzucenia. Po moim „call” skrzywił się bardzo mocno i niechętnie odsłonił Q9 z jednym pikiem. Już na turnie spadła dziesiątka kompletująca mu strita i ogromna pula na mega chiplidera w turnieju poszła w jego ręce. Ja za chwilę oddałem resztę żetonów w starciu AT v JJ Obywatela i odpadłem z turnieju na 15 miejscu na 524 zawodników. Bardzo żałuję tej puli, bo niestety gracz, który wygrał ze mną to rozdanie nie wykazał się za dużym rozsądkiem i rozdał cały ten ogromny stack w krótkim czasie odpadając jeszcze przed FT, grając podobno (bo wiem to tylko z relacji naocznych świadków) pokera na poziomie zawodników miejscowych… No cóż, trudno, na szczęście Grzesiu nie zmarnował moich żetonów i wygrał cały turniej, za co po raz kolejny składam mu serdeczne gratulacje. Chciałbym też sprostować informacje podawane przez Łysego w relacji, jakobym miał skopać jakiś niewinny śmietnik po przegranym rozdaniu. Nic takiego nie miało miejsca, choćby z tego powodu, że między stołami pokerowymi to raczej śmietniki nigdy żadne nie stoją. Fabularyzowanie relacji przez redaktora Majewskiego miało więc niewiele wspólnego z prawdą. Faktem jest jednak, że byłem mocno wkurzony przegraną (a kto by nie był???) i machnąłem w powietrzu mocno nogą zahaczając przy tym przypadkiem o nogę krzesła, które się po prostu przewróciło. Szukanie w tym wszystkim na siłę sensacji (nie tylko w tym miejscu relacji zresztą) jest trochę mało profesjonalne, kolego Łysy!
Powrót do Montesino na Deluxe Challenge okazał się klapą całkowitą. Nie dość, że w dniu 1A zagrałem słabo i nic mi kompletnie nie szło (choć pograłem nawet 9 leveli), to na grę w dniu 1B… zaspałem! Mało tego, zaspałem nawet na late registration! Pierwszy dzień to cała masa dziwnych rozdań, w których przegrywałem żetony w głupi sposób (bo głupi byłem ja) lub w jeszcze głupszy (gdy głupi był rywal). Miałem roller coastery we wszystkie strony, podwajałem się, zaraz oddawałem, potem znowu podwajałem… Jednym słowem turniej miał przebieg taki, jakiego nie lubię. Odpadłem po kolejnym genialnym zagraniu jakiegoś lokalsa, który chwilę wcześniej oddał w dziecinny sposób ponad pół stacka i na tilcie sprawdził mojego all ina (nie takiego znowu małego) z QJ. Flop 987, river T i po zawodach…
W przyszłym tygodniu wyjeżdżam na 99% do Pragi na Czech Open. Chcę zagrać kilka eventów w tym festiwalu, rozpoczynając od pierwszego turnieju deepstackowego, a na Main Evencie kończąc. Mam nadzieję, że nic mi niespodziewanego nie wyskoczy i będę mógł się skupić tylko na grze, bo ostatnie trzy tygodnie miałem… zatkane jedno ucho i strasznie przeszkadzało mi to zarówno w życiu codziennym, jak i w koncentrowaniu się na grze. Na szczęście problem minął i słyszę już normalnie, a w głowie nic mi co chwila nie dzwoni. Mam nadzieję, że impreza w Pradze będzie udana, a nasi pokerzyści pokażą się z dobrej strony.
Na dziś kończę, możecie już zacząć sobie używać w komentarzach (nawet jestem w stanie się założyć, kto będzie w TOP3 trolli pod moim blogiem). W następnym odcinku postaram się opisać jeszcze dwa ważne tematy ostatnich tygodni czyli wybory parlamentarne i najazdy brygad Obergruppenführera Kapicy na pokerowe imprezy w kilku polskich miastach. Cya!
W maju blogerzy PokerTexas walczą o nagrody warte $400
Aktywni w maju blogerzy zagrają we freerollu z pulą $100, a najlepszy otrzyma bilety do turniejów za $120 Sprawdź szczegóły »
Aby dodać komentarz musisz się zalogować!
Komentarze (54)
wojter2 12.11.2011 21:23
JackDaniels 10.11.2011 21:46
dada2333 11.11.2011 02:02
superdonk 11.11.2011 17:05
bogi 09.11.2011 17:39
luktoja 16.11.2011 10:49
yuri 09.11.2011 12:58
TobetGate 09.11.2011 12:24
Gregor 08.11.2011 23:29
JackDaniels 09.11.2011 00:22