Blogi społeczności

BLOG: "Rafał "Jack Daniels" Gładysz - Blog"

Portugalia - Raj na Ziemi!

Dodano: 21.05.09 | Autor: JackDaniels

PODRÓŻ Z PRZYGODAMI

Tanie linie to nie jest na pewno coś co mnie kręci. Samoloty są zazwyczaj małe, warunki

podróży słabe, nawet za głupie śniadanie płaci się majątek, a towarzystwo w podróży też

można trafić różne. Tym bardziej, jeśli leci się do Portugalii przez Anglię, nową ojczyznę

kilku milionów naszych rodaków. Niestety, inaczej do Faro dostać się jest niezwykle trudno

(albo nadzwyczajnie drogo), więc musieliśmy skorzystać z usług tychże tanich linii. Okęcie

o 6 rano zostało więc opanowane przez podróżnych lecących do Londynu oraz (tak ja i my)

do Liverpoolu. Szybki rzut oka wystarczył nam do tego, żeby wiedzieć z kim będziemy

spędzali kolejne dwie godziny z hakiem. ?Bagaż podręczny? nabrał dla mnie kompletnie

nowego znaczenia, gdy zobaczyłem jak jakieś babsko targa do samolotu torbę wypchaną

po brzegi parówkami, konserwami i kiełbasą. No cóż, widać synek w Anglii chodzi trochę

głodny?

Rozbawiła mnie też opcja ?szybkiej odprawy?, którą można sobie było wykupić

przy rezerwacji biletu. Za dodatkowych kilka złotych można sobie zafundować możliwość

podejścia jako pierwszemu do stanowiska odprawy i poczuć się wyróżnionym wśród

reszty lecącego motłochu. Po co? Ano po to, żeby zejść zaraz do lotniskowego autobusu

i czekać, aż ta reszta ludzi zostanie odprawiona i równocześnie z nimi wchodzić do samolotu!

Ale mi frajda! Promocja ?nie do odrzucenia?!

Latam już samolotami jakiś czas w swoim życiu i za każdym razem zastanawiam się po jaką

cholerę nasi głupi rodacy klaszczą po lądowaniu??? Ten zwyczaj jest wybitnie polską tradycją,

bo w żadnym miejscu na świecie nie spotkałem się z tak durnym okazywaniem swej radości

po dotknięciu przez pilota płyty lotniska. I tym razem nie było inaczej. Ledwo nasz Airbus

wylądował, a jakaś nawiedzona paniusia dwa rzędy przed nami rozpoczęła wielkie klaskanie,

rozglądając się przy tym dookoła jakby chciała zmobilizować resztę pasażerów do tej

kretyńskiej zabawy. Nie mogłem się oczywiście powstrzymać i skwitowałem to krótko: ?Cała

wieś śpiewa i tańczy!?. Od razu napotkałem na wzrok oburzonej paniusi ? prowokatorki, ale

chyba bała się mi coś powiedzieć po tym jak zmieszałem z błotem naszą panią stewardesę.

Otóż (jak już Pawcio opisał to w swoim blogu) żegnając pasażerów pani ta życzyła wszystkim

?miłego pobytu w Liverpórzu?! Co??? Gdzie??? Znam kilka miast na świecie, ale nie znam

żadnego Liverpórza!! Znam Sandomierz, Racibórz, ale Liverpórz??? To komu kibicuje w

takim razie Soprano? Liverpoolowi czy Liverpórzowi?? Żenada!! Taki babol jest dla mnie

czymś niewybaczalnym! Kogo te linie zatrudniają? Analfabetów?? No, ale ja mam zboczenie

na tym punkcie i może przesadzam?

Lotnisko w Liverpoolu jest małe i w zasadzie wygląda tak jakby miało służyć tylko do obsługi

polskiej emigracji. Angielskiego usłyszeć trudno, za to co chwila ktoś gdzieś mówi coś po

polsku. Nawet spora część napisów i tablic informacyjnych jest w naszym języku. Na nasze

szczęście przerwa w podróży nie miała trwać zbyt długo i po niedługim czasie ładowaliśmy

się już do kolejnego samolotu, tym razem już do Faro. Zmęczony jak cholera po 40 godzinach

na nogach całą podróż przespałem. Obudziłem się jak podchodziliśmy już do lądowania.

Potem jeszcze tylko krótka podróż taksówką do naszego hotelu Tivoli Marina w Vilamoura.

Kierowcą był jakiś klon Christiano Ronaldo (a raczej nieudana jego podróba), który cały

czas zagadywał wesoło Łysego po portugalsku. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt,

że pędził 160 km/h po wąskiej drodze i gapił się Łysemu w oczy zamiast przed siebie! W

końcu osiągnęliśmy cel naszej podróży i można było chwilkę odsapnąć?

Marina w Villamoura

VILAMOURA ? PORTUGALSKI SOPOT

Kurort Vilamoura przypomina nieco nasz polski Sopot. Z tą tylko różnicą, że w naszym

Sopocie nie stoją w porcie jachty po kilkadziesiąt milionów euro za sztukę, a tu jest ich

od groma i trochę! Hotel Tivoli Marina położony jest tuż nad brzegiem morza, z jednej

strony jest więc cudowna plaża, z drugiej zaś rewelacyjnie wyglądająca marina wypełniona

wspomnianymi jachtami, łódkami, żaglówkami, motorówkami i wszystkim co pływa po

wodzie i kosztuje krocie. Co ciekawe, większość tych sprzętów należy do Anglików, którzy

upodobali sobie tą część Portugalii na swoje wakacyjne miejsce wypadów. Oprócz pięknego

morza jest jeszcze druga przyczyna ? dziesiątki pól golfowych, na których Angole spędzają

każda swoja wolna chwilę. No cóż, jak ma się kasę to można?

Poza tym jest tak jak w każdym miejscu tego typu na świecie. Knajpki, restauracje, sklepy

z duperelami, ciuchami czy pamiątkami, agencje turystyczne i inne tego typu lokale. Jeden

z nich spodobał nam się ciut bardziej od innych ? restauracja (a może bardziej pub) należący

do jednego z najlepszych w historii piłkarzy Europy Luisa Figo. W tym lokalu obejrzeliśmy

w czwórkę w środę mecz Manchesteru United z Wigan. Ja i Losadamos oczywiście całym

sercem kibicowaliśmy Czerwonym Diabłom, ale Łysy i Pawcio na znak protestu trzymali

stronę Wigan. Poszły nawet side bety o wynik, ale nikt z nas nie trafił?

Wcześniej, po zjedzonym obiadku we włoskiej restauracji, poszliśmy na obchód okolicy i

trafiliśmy na hotelową plażę. Trzeba sobie jasno powiedzieć ? coś rewelacyjnego! Wielkie

sofy ustawione na piasku, loże z miękkimi poduchami czy olbrzymie materace to widok,

którego próżno szukać nad Bałtykiem. Do tego fajna muzyczka sącząca się z głośników,

mojito w dłoni i można było oddać się zasłużonemu relaksowi. Naprawdę, taki chill out

to ja rozumiem! Potem szybka wizyta na basenie, mała wojenka podczas gry w piłkę i na

mecz.

Relaks na plaży

Wieczorem dotarł wreszcie do hotelu Robert Kubica razem ze swoją dziewczyną Edytą.

Los pokarał trochę Roberta, bo od paru dni robił sobie ze mnie jaja wysyłając mi co chwila

smsy w stylu ?Nie dojadę, bo mi BMW cos tam wymyśliło?. A ja za każdym razem dałem

się nabierać. Tym razem było podobnie. Wysłał mi smsa o treści ?Nie dojadę, odwołali mi

samolot?. Tym razem byłem już czujny i nie dałem się zrobić w balona, a? samolot mu

naprawdę odwołano!! Nawet sam Robert śmiał się potem, że za bardzo krakał i w końcu

dostał karę za swoje żarty. W każdym razie dotarł z Lizbony późnym wieczorem samochodem.

Losadamos, Pawcio i JD

UNIBET OPEN ? DOBRZE I ŹLE ZARAZEM

Po środowych atrakcjach w czwartek nastał czas ciężkiej walki w turnieju Unibet Open.

Po losowaniu okazało się, że trafiłem na stół telewizyjny (tyle, że nie było transmisji) i

skład przy stole miałem niezwykle ciężki. Większość graczy znałem już z poprzednich

turniejów i wiedziałem, że mam do czynienia ze świetnymi zawodnikami. Tylko dwie

osoby przy stole to ewidentnie ?turyści? ? jakiś miejscowy dziadek i młoda laska (nawet

nie wiem skąd). Dziadek rozdał wszystko oglądając każdego flopa niczym Kiler, lasce sam

pomogłem szybko wylecieć zabierając jej w jednym rozdaniu dużą część jej żetonów po

jakimś udanym hero callu. Na ich miejsce trafili do stołu kolejni dwaj dobrzy gracze i zaczął

się prawdziwy pokerowy cyrk. Już na początku gry, w trzecim rozdaniu miała miejsce moja

pierwsza większa wygrana. Po podbiciu od jednego z graczy sprawdziłem z buttona z KQ.

Flop AJx, mój rywal zagrywa, ale tylko za 225 do puli prawie 600, więc postanowiłem jedną

kartę jeszcze tanio zobaczyć. I bum! Na turnie spada dycha! Mój przeciwnik leje za 625, ja

przebijam do 1650, on sprawdza. Nic nie znaczący river, on czeka, ja gram value beta za 2100,

a on po dłuższym namyśle jednak wyrzuca. Potem przyznał mi się, że miał QQ.

Generalnie na pierwsze levele miałem taki pomysł, żeby z ?rozwojowymi? kartami oglądać

tanio dużą ilość flopów, a gdy nadarzy się okazja samemu atakować preflop. Taka taktyka

zdawała egzamin. Kradłem sporo blindów, płoszyłem dobrych graczy z rozdań, czasem

trafiałem dobre flopy. Gdy młoda laska przy stole wygrała rozdanie z 53 powiedziałem

głośno, że to moja ulubiona ręka i pokażę wszystkim jak się ją rozgrywa. Okazję miałem już

za chwilę. Dostaję 53, robię raise preflop do 175 i dostaję dwa calle, w tym od ?dziadka?.

Flop K53 był dobrą informacją, więc gram c-beta. Dziadek call i na turnie pojawia się as.

Widzę, że dziadkowi zaczynają się trząść ręce. Trafił! Jest dobrze! Leję dalej, dziadek insta

call. River to kolejna trójeczka i ze skompletowanym fullem gram tłustego beta, dziadek

dokłada bez namysłu i szybko wywala swoje karty po obejrzeniu mojego fulla. Stół lekko

zbaraniał, a ja tylko powiedziałem jedyne co mogłem w tej sytuacji ? 53 jest lepsze od asów!

Dzień 1A

Jeszcze słowo o wspomnianym hero callu na tej młodej lasce. Podbiłem z A8 i dostałem aż

4 calle. Flop spadł absolutnie słaby ? J43. No ale jak się mówi A to trzeba powiedzieć B, więc

gram c-beta za 700 i sprawdza mnie ta laska. Drugą czwórkę na turnie oboje czekamy, a na

river spada ósemka dająca mi w końcu jakąś parę. Czekam, ona chwilę myśli i gra za 1300

zostawiając sobie tylko 2000 przed sobą. Cos mi się jednak nie spodobało w jej zagraniu,

jakoś tak dziwnie to zrobiła wszystko i sprawdziłem, a ona szybko wrzuciła karty do mucka.

Pokazałem swoje A8, chłopcy przy stole z uznaniem pokiwali głowami i wiedziałem już, że

nie będą za często próbować głupich sztuczek z blefowaniem. I o to chodziło!

Wszystko dobrze układało się aż do połowy siódmego levelu. Do tej pory miałem cały czas

stack powyżej średniej i gra układała się mi dobrze. Jednak żebym miał dobre karty to nie

powiem. Przez cały pierwszy dzień dostałem raz AA, raz JJ (wygrałem blindy), raz 99, raz 55,

raz AK i trzy razy AQ. Na tym koniec lepszych kart. Rzeźbiłem więc z jakimiś konektorami,

słabymi asami i tego typu dziadostwem. Na asy wygrałem niezłą pulkę z moją portugalską

?podróbą? czyli graczem o nicku Jack Daniels. Dostałem AA, podbiłem z UTG+1 i cały stół

zaczął wyrzucać karty. W końcu dołożył mi tylko portugalski JD na big blindzie. Flop 333,

mam więc fulla. Gram c-beta, on natychmiast dokłada. Waleta na turnie przeczekał, więc i ja

nie biłem, tylko po to, żeby na riverze (spadła piątka) po jego kolejnym checku zagrać over

beta i dostać insta call. Pokazałem asy, on wyraźnie wkurzony wywalił karty i od tej pory

miałem z nim ciężką przeprawę w każdym wspólnym rozdaniu. A trzeba przyznać, że gracz

z niego jest naprawdę świetny i każde wygrane rozdanie z nim to nie lada frajda. Doszedł

zresztą do FT w tym turnieju, więc o czymś to świadczy?

W połowie siódmego levelu przegrałem jednak dużą pulę i zaczął się mały dramacik. Karta

kompletnie mi przestała iść, foldowałem większość rąk i nie miałem jak wejść w rozdanie.

Gra zaczęła być bardziej agresywna, bo shorty atakowały all inami i zrobiło się niewesoło.

Na szczęście w samej końcówce wygrałem dwie większe pule, trochę ukradłem preflop i

z 14 tysięcy zrobiło się nagle na koniec dnia 26.500. Można było odetchnąć? Szkoda tylko,

że z 19 graczy do dnia drugiego przeszło nas tylko czterech?

DZIEŃ DRUGI ? DRAMAT!!!

Do czwórki z dnia 1A dołączył do nas tylko Stasiu z dnia 1B i cała nasza piątka stawiła się

na starcie dnia 2 w sobotę wśród 135 zawodników walczących o stół finałowy. Powiem

krótko ? to była jakaś masakra! Przez prawie 4 godziny gry, aż do mojej eliminacji, dostałem

takie oto ?premium hand? ? raz parę dziewiątek (all in po próbie kradzieży blindów przez

gracza na buttonie), A9, A8, A3 i A2. Piąty as, którego zobaczyłem tego dnia był ostatnią

ręką w turnieju. W zasadzie foldowałem wszystko, bo miałem same śmieci w stylu 83 czy 92.

Kilka razy zobaczyłem coś w stylu JT albo K8 i próbowałem kraść blindy. Ze dwie większe

pule, które udało mi się zwinąć rywalom wygrałem z kartami T8 i T7. W końcu przeszedłem

na nowy stół i tam nie było inaczej. Raz wygrałem większą pulę po przemyślanym zagraniu

przeciwko określonemu przeciwnikowi. Podbił on z późnej pozycji, ja z SB dołożyłem mając

78 w kierach, dołożył też gracz na BB. W puli było więc już prawie 15k. Flop 953, ja czekam,

podobnie duży blind i gość atakujący preflop od niechcenia wrzuca żeton 5k do puli jakby

już czuł się wygranym w tej puli. Ja w związku z tym natychmiast wsuwam swoje 23k na

środek stołu. BB szybko folduje, a ten zaczyna myśleć. Myśli i myśli, liczy te żetony, obraca

je na wszystkie strony, już chce wyrzucać karty, żeby zaraz je ponownie obejrzeć? Wszystko

to trwało dobre 3 minuty. Ja jak skała ? bez ruchu przez cały czas. Już mi się chciało nawet

ślinę przełknąć, ale gapił się na mnie cały czas, więc musiałem to odłożyć na potem :P W

końcu sfoldował rękę, ale chyba z ciężkim sercem. Nie wiem co miał, ale moim zdaniem

jakąś parę w przedziale 66-88. Problem polegał na tym, że sprawdzając mnie zostawiał sobie

około 5k w stacku i widząc to zmusiłem go w ten sposób do foldu. A jakby mnie sprawdził to

zawsze miałem jakieś outy? W każdym razie się udało.

Dzień 2

Kilka minut później przesiadłem się do stołu Żelika. Najpierw nieudana próba kradzieży z

JT i Żelik z królami stawia mnie na all inie, więc fold. Dwie czy trzy ręce później to samo

robię z KT w kierach, ale jeden z shortów przebija mnie za połowę swojego stacka, więc

wiem, że chce, żeby mu dołożyć. Kolejny fold. Gdy zobaczyłem więc A4 w pikach na

wczesnej pozycji pomyślałem, że z takim all inem za około 25k można się wybrać, bo dołoży

mi tylko monster. No cóż, są jeszcze gracze słabi? Wpycham swoje żetony na środek i jakiś

gracz mówi ?raise?. Krupier zwraca mu uwagę, że przed nim ktoś już zagrał all in. Ten

wyraźnie jest niezadowolony, bo chciał raczej kraść z CO blindy, gra jednak separacyjnego

all ina. Pokazuje QJ off, ja rzucam swojego piątego tego dnia asa na stół, pierwsza karta to

od razu walet i jest po zawodach. 65 pozycja w turnieju na 410 graczy to może i dobre

miejsce, ale biorąc pod uwagę tylko 20 miejsc do kasy, kompletny brak kart przez większość

gry i ?przypadkowe? odpadnięcie na koniec to uważam, że z taką grą jaką zagrałem powinno

być jednak lepiej. Co ciekawe ? mój all in z A4 był moim trzecim czy czwartym przez cały

okres gry, a pierwszym z showdownem. Nie wchodziłem w głupie rozdania, potrafiłem się

poddać nawet podejrzewając, że mam coin flipa z rywalem, dobrze czytałem grę rywali.

No niestety, zabrakło odrobiny karty i ciut szczęścia.

Jeszcze jedna uwaga na koniec dla wszystkich tych, którzy pisali w komentarzach, że grałem

stiltowany. Po pierwsze to kosmiczna bzdura i możecie sobie takie uwagi zostawić dla siebie.

Po drugie to będąc tutaj zauważyłem, że mam o wiele większy szacunek wśród graczy z

zagranicy niż wśród ?swoich?. Rozmawiałem z wieloma zawodnikami, gratulowali mi dobrej

gry podczas turnieju, analizowaliśmy razem rozdania pomiędzy nami z tego Unibet Open czy

poprzednich turniejów z tego cyklu. Naprawdę miło jest usłyszeć od Szweda, Fina, Włocha

czy Holendra ciepłe słowo o swojej grze, szczególnie jako słowa otuchy po odpadnięciu z

turnieju. Tylko nasze ?piekiełko? potrafi pisać komentarze w stylu ?A nie mówiłem, że zaraz

odpadną? lub ?Wszystko wraca do normy?. Dla każdego droga wolna i każdy może sam

spróbować swoich sił w dużym turnieju. Dajcie nam wszystkim okazje do radości i dotrwajcie

do stołu finałowego!!

TYTUŁ DLA UNITED!!!

W sobotę, tuż przed drugim dniem rywalizacji w turnieju udaliśmy się ponownie do pubu

Luisa Figo, aby obejrzeć mecz Manchesteru United z Arsenalem. Plan był prosty ? zdobyć

punkt wystarczający do zdobycia kolejnego tytułu mistrza Anglii. I plan zrealizować się

udało! Bezbramkowy remis dał nam mistrzostwo! Smakowało ono wyjątkowo dobrze, bo

razem ze mną i Losadamosem mecz oglądali Pawcio i Soprano. No cóż Soprano, jak już

kilka razy Ci z Adasiem mówiliśmy - maybe next season? :P Cały pub wypełniony był

kibicami Man Utd i oczywiście wszyscy czekali na moment, w którym sędzia ogłosi koniec

meczu, a co za tym idzie mistrzostwo dla Czerwonych Diabłów. A przed nami teraz mecz

sezonu ? finał Ligi Mistrzów z Barceloną! Będzie się działo!! Let?s go United!!

KILKA DNI ODPOCZYNKU

Po wrażeniach turniejowych razem z Losadamosem udaliśmy się do miejscowości położonej

kilka kilometrów od Vilamoury na kilka dni wczasów. Adasiowi w życiu niewiele chyba

rzeczy udało się tak dobrze jak znalezienie tego hotelu! Porto Bay Falesia w miejscowości

Olhos d?Agua (czyli Oczy Wody) - pomimo trochę mniejszego standardu niż nasz poprzedni

hotel ? jest miejscem wręcz cudownym. Widoki roztaczające się dookoła z pięknego klifu,

śliczna plaża, wspaniałe warunki do odpoczynku na miejscu ? wszystko to sprawia, że pobyt

tutaj należy do najlepszych rzeczy, które udało mi się przeżyć i zobaczyć. Naprawdę ciężko

mi będzie wracać w piątek do Warszawy? Ale póki co korzystam z upalnego słońca, latam

po plaży i podziwiam piękne widoki robiąc przy okazji setki zdjęć. Serio, zakochałem się w

tym miejscu!! Zresztą zobaczcie sami jak tu ładnie?


Do zobaczenia w Polsce!

Dodaj artykuł do:
Ocena:
Oceń:

Poprzednie wpisy w tym blogu

Zemsta Kapicy

14.11.11
Dziś będzie trochę mniej o pokerze, zajmę się za to sprawami społeczno-politycznymi, które w jakimś sensie nas, pokerzystów, dotykają ostatnio najmocniej....

czytaj więcej » 44

Hello! To znowu ja!

07.11.11
Pogmatwane są moje blogerskie losy. Po różnych perypetiach postanowiłem po dłuższym namyśle wrócić ponownie na łamy Pokertexas z moimi tekstami, bo jakoś nie...

czytaj więcej » 55

Dobra passa trwa!

24.04.11
DSO W LLORET DE MAR – DOBRA GRA, SŁABY WYNIK W poprzednim blogu zapowiadałem kilka wyjazdów na turnieje w Europie. Pierwszym z moich zaplanowanych pokerowych...

czytaj więcej » 64

Duży sukces w After Darku

21.03.11
FERIE W ZAKOPANEM Zacznijmy jednak od początku. Ostatnio zapowiadałem swój familijny wyjazd do zimowej stolicy Polski na ferie. Wyjazd z rodziną nie zdarza mi się...

czytaj więcej » 40

W styczniu blogerzy PokerTexas walczą o nagrody warte $400

Styczniowi blogerzy zagrają we freerollu z pulą $100, a najlepszy otrzyma bilety do turniejów za $120Sprawdź szczegóły »

Komentarze (42)

Ocena:
Oceń:

Wick3d 22.06.2009 21:30

Zgodzę się z Panem shywater… Ale i tak Liverpórz wygrał ;)



Ocena:
Oceń:

shywater 04.06.2009 03:41

jeszcze słowo na temat wałówki z polskim jedzeniem – to co jedzą Anglicy jest w 90 procentach jak klaskanie w samolocie, to są białe pasy z vipera na polskim maluchu, to jest kasyno Hilton świata kulinarnego, niewyobrażalne jest to jak ten teoretycznie cywilizowany naród może masowo wp… taki szajs (i to na gazecie zamiast talerza:):):):)), a może w tym tkwi tajemnica ich powodzenia? tak czy inaczej Autorze bloga byc może nikt by Ci nie przywoził wałówki, sam byś to robił tak często jak tylko byś mógł….



Ocena:
Oceń:

shywater 04.06.2009 03:27

po 3 miesiącach przerwy w uzytkowaniu netu z przyjemnością nadrabiam braki w lekturze, po głębszym zastanowieniu myślę że to mieszkańcy Liverpórza założyli Milwałki, a co do klaskania cóz jest to jakaś forma integrująca społeczności, kążda nacja ma swoje ‘‘złote zęby na przedzie ‘’ ;)



Ocena:
Oceń:

CzlowiekBet 29.05.2009 01:47

Szacunek Jack.

Dobrze się Ciebie czyta, duży plus za zdjęcia.

A polacy klaszcza, bo jak to niemcy, holendrzy mówią, cywilizacyjnie stoimi niżej od reszty rozwiniętego świata. Nie chciałbym tu być adwokatem tej tezy, jednak niestety nad czym bardzo ubolewam, dajemy im dużo dowodów na jej potwierdzenie.
Czasem piszesz prostacko i arogancko, ale dzięki temu Jesteś barwny, a to nic złego. Uważaj tylko aby nie zrobić czarnego pr pokerowi w kraju naszym katolickim. Bo jako osoba rozpoznawalna pokerowo, utożsamiana medialnie, musisz być osobą zaufania publicznego, jak ksiądz;-P



Ocena:
Oceń:

Rado 28.05.2009 09:42

Widzisz Jack, Barcelona zmiażdżyła Manchester! I co, łyso ci? ;-))))



Ocena:
Oceń:

pjaxz 27.05.2009 23:25

Dokładnie! :)



Ocena:
Oceń:

d_fi 27.05.2009 22:58

Visca el Barca ;)



Ocena:
Oceń:

WcPiker 24.05.2009 10:54

“Nie mogłem się oczywiście powstrzymać i skwitowałem to krótko: ?Cała wieś śpiewa i tańczy!?. Od razu napotkałem na wzrok oburzonej paniusi ? prowokatorki, ale chyba bała się mi coś powiedzieć po tym jak zmieszałem z błotem naszą panią stewardesę.”



Gratulacje. Bardzo dobrze, że stoisz na strazy właściwych zachowań. A co sobie ludzie będą … !



Ocena:
Oceń:

WcPiker 24.05.2009 10:40

I oczywiscie nigdy nie przyznasz, ze przesadziles.



Ocena:
Oceń:

JackDaniels 24.05.2009 03:24

Nie chce mi się już polemizować z ludźmi, którzy czytają to co jest napisane, a rozumieją co chcą… Więc niech będzie, że jestem prostak, a wy jesteście kulturalne kozaki. Tylko jedno na koniec – jak ja bym wyjechał za granicę na zarobek to by mi nikt z Polski nie musiał wałówki wozić…



Aby dodać komentarz musisz się zalogować!