Dziennik z podróży (na gorąco):
Wychodzę z domu, żegnam śpiącego w drugim pokoju współlokatora, drzwi - zamykam. Nagle olśnienie: światło w kuchni! Wracam, gaszę światło, patrzę odruchowo w prawo, w lewo, i gdy wreszcie mam już w zwyczajowo nieprzytomnym pośpiechu wyjść na dobre i bez dalszego ociągania, oczom mym ukazuje się beztrosko spoczywająca na stole ładowarka do laptopa? Z oddechem ulgi oraz dobrze mi znanym ?ale by było?? w myślach wciskam ją do plecaka, trzaskam drzwiami, a następnie szczęśliwie i bez zbędnych ceregieli już pakuję się do taksówki wiozącej mnie na lotnisko. 1:0 dla mnie!
Wychodzę z taksówki, udaję w kierunku stanowisk odprawy, rozglądam dookoła wzrokiem nadal trochę nieprzytomnym i nagle doznaję (oczywiście) olśnienia: przecież zostawiłam w taksówce okulary! Dzwonię do korporacji, każą czekać, rozłącza mnie, rozgorączkowana dzwonię jeszcze raz, znowu mam wykazać się cierpliwością, przełączają, ponownie tłumaczę w czym rzecz, a że na szczęście taksówkarz nie zdążył był jeszcze zbytnio się oddalić, po kilku minutach nerwowego przebierania nogami w oczekiwaniu na zgubę spotykamy się, po czym ten z lekkim uśmiechem politowania przekazuje mi moje nieodzowne narzędzie pracy przy komputerze. 2:0!
Wieczorem:
Przyjeżdżam do hotelu, pół nocy zalegam przed komputerem w ramach praktykowania hiszpańskiego z pewnym czarującym* Katalończykiem, przedawkowuję herbatę, aż kiedy w końcu nakazuję sobie po uprzednim naładowaniu telefonu pójść spać, spędzam godzinę na szarpaninie z ładowarką i przypadkiem tę ostatnią dekonstruuję. Co tu więc robić, żeby się jutro bez telefonu (d)obudzić? W piżamie biegnę na recepcję celem zamówienia pobudki, z wewnętrznym uśmiechem zadowolenia odkrywam obecność całkiem wyględnego recepcjonisty, zgłaszam chęć bycia obudzoną i wdaję w niezobowiązującą półgodzinną pogawędkę, po czym gdy wreszcie kładę się na dolnej pryczy piętrowego łóżka spać, doświadczam oto poczucia zadowolenia z udanego przebrnięcia przez kolejny najeżony drobnymi przeciwnościami dzień, w efekcie czego o 5-tej rano odnotowuję 3:0 dla mnie. Witajcie w Kopenhadze!
* O tym zresztą mógłby powstać nawet i cały osobny wpis, że jednak
hasłem przewodnim bloga jest poker, które to słowo w rzeczonej historii
nie padłoby niestety ani razu, oszczędzę Wam tak drastycznych przejawów
niesubordynacji tematycznej i litościwie całą sprawę przemilczę.
Refleksje po (już na zimno ? jak temperatura stojącej obok mnie kawy):
Pamiętam, że gdy byłam w Kopenhadze po raz pierwszy ? w wieku zresztą mocno jeszcze podlotkowatym ? urzekł mnie był fakt, jak to nawet bezdomni mówią tam po angielsku. Spędziłam wówczas miłe popołudnie w parku Tivoli, zwiedziłam starówkę, poszłam na lody i pomyślałam, że to całkiem przyjemne miasto, które chętnie jeszcze kiedyś odwiedzę na spokojnie. Och bogowie przewrotności? W jakimże to błędzie tkwiłam przez tyle lat!
Kopenhaga przywitała mnie raczej chłodno, żeby nie powiedzieć ? lodowato ? choć z mocno wyczuwalną nutką skandynawskiego wyuzdania: tuż po opuszczeniu dworca zaczął mi się lubieżnie wdzierać pod płaszcz wiatr, prosto w oczy z mokrą chucią przepełniającą każdy płatek sypnął śnieg, zaś obślizgły od nadmiaru chęci wywołania kontaktu trzeciego stopnia chodnik omal nie przyczynił się do mojego (moralnego) upadku.
Gdy do tego zobaczyłam wreszcie owych nienaturalnie ładnych, szczupłych i dobrze ubranych ludzi z fizjonomii niepokojąco przypominających androidy, którzy wszędzie przemieszczają się na rowerach i z zimy wydają się nie robić sobie po prostu nic, potem zaś jeszcze dobitnie przekonałam się, jakie to szalone ceny owe androidy promują w swoim kraju, pomyślałam sobie, że mi się tutaj nie podoba. I już.
Owszem, rozrzucone gdzie popadnie rowery wyglądają ładnie i romantycznie, jest rzeka, więc miasto zyskuje na urodzie dzięki mostom, na mnie jednak takie sztuczki na dłuższą metę nie działają. A zatem Kopenhaga mnie nie zachwyca. I nie zachwyca.
Co natomiast można powiedzieć o przebiegu samego turnieju? Polacy znowu nie dopisali, co z pewnością nie cieszy, a i moją pracę czyni bardziej bezcelową, gwiazdy z kolei pojawiły się dosyć nawet licznie, że jednak żadnej nie udało się zaświecić jasnym błyskiem w dniu drugim czy później, zabrakło w efekcie tych silniejszych emocji, które chętnie byśmy w związku z dużym turniejem przywitali.
Okazuje się jednak, że gwiazdy nie próżnowały za to?w kuluarach! Podczas gdy nieznani bliżej nikomu Skandynawowie rywalizowali zaciekle o wejście na finałowy stół, pokerzyści pokroju Ziigmunda , Johnny Loddena czy LarsaLuzaka zasiedli w players lounge?u do małego towarzyskiego sin?n?go, gdzie wpisowe wynosiło, bagatelka, 10 tysięcy euro, że zaś panowie nie mieli ochoty męczyć się obsługą kart, rozdawać postanowił im?Noah Boeken.
W tym samym czasie z kolei nie gorsi postanowili być również sami dziennikarze, gdy więc tylko zaopatrzyliśmy się w odpowiednie ilości piwa, znaleźliśmy stół i przygotowaliśmy żetony, rozpoczęliśmy oto swój własny i równie emocjonujący (jeśli wręcz nie bardziej!) s?n?g: wpisowe wynosiło co prawda 500 razy mniej, że jednak dominującą grupą narodową przy stole byli słynący z soczystej ironii Anglicy, autotematycznym i metatematycznym żartom w związku z komentowaniem wszystkich zagrań nie było końca (przybywającym w dodatku odwrotnie proporcjonalnie w stosunku do stanu pustości kufli).
Śmiesznie było również zdać sobie sprawę z tego, jak to nieudolnie próbujemy naśladować tych, o których wcześniej zmuszeni byliśmy przez cały dzień pisać: jakby służba zasiadła nagle do wystawnego stołu pod nieobecność państwa? Prasa, która na sali turniejowej musi być cicha, przeźroczysta i poważna, nagle ożywa i, tak jak już to wspomniałam ostatnio, wydają mi się de facto dużo bardziej zajmującym towarzystwem niż sami pokerzyści! Zresztą ci ostatni zaczynają mnie trochę przerażać?
Poznałam na przykład słynnego gracza turniejowego online ?busto_soon?, który w main evencie scashował około 30k euro. Otóż gdy tylko odebrał swoją wygraną, zamienił je na żetony, poszedł na ruletkę , po czym w ciągu raptem kilkunastu minut beztrosko przepuścił z tego dwie trzecie, w ogóle się nawet przy tym nie zająkując!
No dobrze: o podróży było, o Kopenhadze było, o pokerzystach było, niniejszym uznaję zatem kolejny odcinek bloga za kompletny i zamknięty. A następny już niebawem!
W maju blogerzy PokerTexas walczą o nagrody warte $400
Aktywni w maju blogerzy zagrają we freerollu z pulą $100, a najlepszy otrzyma bilety do turniejów za $120 Sprawdź szczegóły »
Aby dodać komentarz musisz się zalogować!
Komentarze (23)
niki 15.06.2009 13:49
Monika kiedy jakis wpis? :((((((((
kraks 12.06.2009 08:55
kartka co z twoim blogiem ? :)
hau_hau 27.02.2009 23:11
“Poznałam na przykład słynnego gracza turniejowego online ?busto_soon?, który w main evencie scashował około 30k euro. Otóż gdy tylko odebrał swoją wygraną, zamienił je na żetony, poszedł na ruletkę , po czym w ciągu raptem kilkunastu minut beztrosko przepuścił z tego dwie trzecie, w ogóle się nawet przy tym nie zająkując!”
Mój idiol w te kilkanaście minut przepuścił tyle ile mam do konca spłaty kredytu za mieszkanie widać że prawdziwy pokerzysta. Tylko skill games.
superdonk 27.02.2009 21:01
ad kartka
czy to aby na pewno neologizm ?
niki 27.02.2009 13:30
swietny wpis :)
Kartka 26.02.2009 02:54
ad superdonk
Taki tam sobie niewinny neologizm… “Wyględny” czyli można zawiesić na chwilę oko.
superdonk 25.02.2009 23:38
“całkiem wyględnego (???) recepcjonisty “
mozna z polskiego na nasze ?
bosy 25.02.2009 14:57
busto_soon wygral podobno juz 23 wejscia do WSOPA na stepach pokerstarsowych;)
Blasco666 25.02.2009 09:26
jasne, że to był komplement. Dziwię się, że niektórzy Twoją pisaninę oceniają negatywnie. Super pióro, fakt, może nie dla każdego – ale cóż, nie wszyscy czytają Balzaca w oryginale:-)
JackDaniels 25.02.2009 03:48
Co jak co, ale Kartka ostatnio jest bardzo radosna… :)