Witam. Nazywam się Michał Piesiewicz, w skrócie MIPI. Lat 31, żona od 10 lat ta sama, córka - 7 lat, syn - 7 dni (wow). Można powiedzieć rodzina w komplecie, dom wybudowany, jeszcze tylko drzewo zasadzić i człowiek spełniony.
Ilość wpisów: 9 | Utworzono: 15.07.09
Co wydarzyło się od ostatniego wpisu? Niestety dla mnie same złe rzeczy. Po bardzo optymistycznej wizycie w klinice w Holandii otrzymałem od nich pismo, iż na obecną chwilę nie są jednak w stanie mi nic zaproponować. Nie ukrywam, że podłamało mnie to, gdyż wydawało mi się, iż kwestią jest raczej co mi wybiorą, a nie czy w ogóle coś wybiorą. Po konsultacjach z rodziną uznaliśmy, że odpuszczamy na obecną chwilę Szwajcarię – wg nas efekt wizyty byłby identyczny. Parę tygodni później udało mi się dostać na konsultacje do bardzo znanego lekarza z Krakowa. Konsultacje odbyły się w klinice w Krakowie, przy ulicy Gancarskiej. To co usłyszałem bardzo uderzyło w moje nastawienie psychiczne. Mam wrażenie, że negatywne odczucia tej rozmowy siedzą we mnie...
I rzeczywiście żadnego owijania w bawełnę nie było. Konkretnie, rzeczowo, na temat – tak jak lubię. Holandia przywitała mnie ... deszczem. Można rzec było to urwanie chmury, które nie pozwoliło przez kilka minut przejść z lotniska do samochodu. Wylądowałem w Eindhoven, zaś dojechać musieliśmy do Amsterdamu – niecałe 115 km. Jako, że drogi są w Holandii w stanie idealnym przejazd nie zabrał nam dużo czasu. Po przywitaniu się z rodziną i wymianie wszystkich tych standardowych życzliwości usiedliśmy omówić ewentualne opcje, jakie mogły pojawić się w trakcie konsultacji. Wiedziałem już, że ciocia wraz z bratem będą moimi tłumaczami „na żywo”, więc też chcieli znać moje stanowisko w kilku kwestiach. Po rozpoznaniu się w sytuacji i...
Od wypisu ze Szpitala Grochowskiego minęło 6 dni zanim trafiłem na Ursynów. Pomimo, iż ten czas dłużył mi się niewiarygodnie to i tak był znacznie krótszy o średniego czasu oczekiwania, który wynosi przynajmniej 14 dni. Nie ukrywam, iż pierwszy raz wtedy załatwiłem coś po znajomości, aby okres czekania skrócić do minimum. Pomimo, iż rejestrację pacjentów pierwszorazowych otwierają od godziny 8.00 uprzedzono mnie, iż powinienem być przed gabinetem dużo wcześniej co zapewni mi miejsce na czele kolejki. Z takim też nastawieniem pojawiłem się o godzinie 6.15 w holu, gdzie okazało się, iż jestem w kolejce... 23. Wow, ci ludzie musieli tam nocować.... No nic, czekałem na swoją kolej rozglądając się przy okazji po korytarzu. Jedno wtedy zrozumiałem –...
Pierwszy dzień w szpitalu. Okazało się, że miałem farta – trafiłem do sali dwuosobowej. Super, tłoku nie ma a i ciszej jakoś. Niestety współtowarzysz okazał się gościem niezbyt dbającym o higienę, przy czym słowo niezbyt jest słowem nad wyraz delikatnym. Kolejny fart – jutro miał zostać wypisany. Godzina 10.00 – przychodzą lekarze i od razu zadają pytanie Kim ja jestem w tym PEKAE-sie, gdyż od rana idą faksy z adnotacjami o oddanej krwi. Jest wczesna pora a już ponad 50 osób oddało dla mnie krew. W tym miejscu ukłony dla mojego szefa z PEKAES S.A. oraz dla Doti, która rozkręciła akcję oddawania krwi na dobre. O godzinie 11.30 przyjeżdża pierwsze 500 ml krwi, grupy BRh- i zaczynamy przetaczanie. Mija godzina, krew sobie spłynęła, pobierają...
Decyzja jedyna słuszna jaką mogli podjąć lekarze – przewiezienie syna do Centrum Zdrowia Dziecka. Mieszkam od Centrum 3 kilometry, więc druga w nocy w samochód i zaraz byłem na miejscu. Nie wpuścili mnie. WOW. Grunt, że żona mogła być. Wróciłem rano. Dziecko na lekach, podtrzymywane w stanie śpiączki, odżywiane przez nos, z mnóstwem rureczek wystających z tego biednego ciała. Daliśmy z żoną radę. Cały miesiąc, dzień w dzień opieka nad synem. Praca poszła mi na rękę – mogłem być w robocie kiedy chciałem. Po tym miesiącu myśleliśmy z żoną, że nic gorszego nie może nas już spotkać. Wróciliśmy do domu, jeździliśmy na kontrolę, ale wszystko wydawać by się mogło wracało do normy. Pozwoliłem sobie nawet na jakieś nocne sesje...
Oglądając właśnie relacje z tych turniejów, gdzie oczywiście pokazywane są wybiórcze rozdania zastanawiałem się ile w jednym, konkretnym turnieju należy rozegrać poprawnych rozdań, ale ile również zależy od pierwiastka szczęścia. W Aussie Millions 2007 niejaki Jimmy Fricke to chyba swoim pokerowym fartem obdzieliłby całą masę turniejów: Niemniej jednak, w przebiegu całego turnieju, kilka jego zagrań była naprawdę bardzo dobrych. Widać, że gracz obserwował swoich przeciwników i konkretne zagrania wykonywał zdecydowanie pod nich, korzystając przy tym ze swojego wizerunku przy stole. Na Sportklubie zobaczyłem również pierwszy raz reklamę Full Tilt Poker: Dlaczego o niej wspominam?...
Czy jest możliwe określenie granicy ile błędów jest dopuszczalnych, popełnienie ilu złych zagrań ujdzie nam na sucho i pozwoli dalej pełnić istotną rolę w danym turnieju. W jednym z ostatnich numerów Card Playera przeczytałem, iż Mike Caro napisał kiedyś, że w pokerze wszyscy po kolei popełniają błędy, a kluczem do sukcesu jest po prostu to, by opuścić swoją kolejkę. Zgadzam się z tym stwierdzeniem w 100%. Niejednokrotnie słychać opowieści rozżalonych graczy, którzy znaleźli się w rozdaniu z marginalną ręką, prowadzili na flopie, zaś w konsekwencji, dzięki ich zdaniem pechowemu riverowi, pożegnali się z turniejem. Przecież tego całego zdarzenia w ogóle nie powinno być, wystarczył bowiem fold słabej ręki na preflopie. Zapraszam do lektury...
Zanim przejdę do sedna wpisu chciałem pogratulować bardzo dobrego występu Rafałowi, Markowi oraz Pawłowi podczas występu na Unibet Open w Londynie. Podobnie jak Pawcio liczyłem przed turniejem, że będzie to turniej Żelika, który jakby to powiedzieć jest w znakomitej formie pokerowej. Niemniej o Pawle będzie jeszcze w dalszej części bloga. Tak jak wspominałem w prologu swojego czasu byłem graczem wyłącznie cashowym. Studiowałem, grałem ?kesze?, zarabiałem i dobrze mi się żyło ;). Gry cashowe pozwoliły mi w owym okresie na zapewnienie pewnego wkładu w wykończenie domu. Do dziś pamiętam, jak przychodząc kolejny raz na stoliki do Hiltona, jeden z graczy, którego notabene uważam za TOP3 turniejowych graczy warszawskich, MILUS, pytał mnie na co dziś...
W karty gram od 18 lat. Miałem dobrego nauczyciela ? dziadka, nauczył mnie grać chyba we wszystkie gry, jakie są. Oczywiście jedne z nich są ciekawsze, inne nudzą mnie po rozegraniu 3 kolejnych gier, niemniej jednak rozrywka przy kartach jest tym co lubię (osobiście polecam grę 3-5-8 zakrapianą odrobiną alkoholu). W pokera gram od 12 lat. Zaczynałem od seven studa z różnymi modyfikacjami studenckimi (np. trzy pary lepsze od dwóch). Właśnie jeśli chodzi o te modyfikacje to ciekawe z nimi łączą mnie historie. Zdarzało mi się grać gry, gdzie osoba wybierająca grę musiała zagrać w rozdaniu (sick!) ? całe szczęście, że były to gry w pot limicie. Wyobrażacie sobie minę osoby, która wybrała TH i zanim podniosła karty słyszy pot, pot. Chcąc, nie chcąc...